Nasza, czyli Agi i Jarka, przygoda z nurkowaniem
RSS
wtorek, 26 października 2010

Mamy za sobą prawdziwe wakacje nurkowe. Nie będę się nadto rozpisywać, gdyż pełną relacje z wyprawy do Sesimbry można przeczytać tutaj: http://picasaweb.google.com/agajurg/Felietony#5527619945896028290


W lewo!   Fot. Aga

W skrócie powiem tylko: bosko!


Stonka zjechała   -Fot. Tiziana Iotti

Wybraliśmy centrum nurkowe "Cipreia" i nie żałowaliśmy.. Świetnie wyposażony ośrodek, fantastyczni przewodnicy, a prywatnie przesympatyczni ludzie (oraz pies!).


Paolo i Wisienka :)   -Fot. Tiziana Iotti

Portugalia zachwyca pogoda, krajobrazem i kuchnia (ryby, wino, kawa i wypieki wszelakie). 


"Szefowa! Rybkę dowieźli!"   -Fot. Jarek

Tubylcy na pierwszy rzut oka wyglądają na smutasów, ale bardzo łatwo dają się zarazić (u)śmiechem. Szczególnie gdy słyszeli "portugalski" w moim koślawym wykonaniu: Bom dija! Dosz kafesz e dosz bolosz, porfawor! I garnitur uzębienia ukazany na końcu zdania. Działało za każdym razem! W warzywniaku (tam oczywiście kawy nie zamawiałam) pewna babunia dorzucała nam zawsze jakiegoś gratiska pełnego witamin (chyba na poprawę zgryzu). 

Lokalny smaczek: tradycyjna płytka elewacyjna   -Fot. Aga

Miałam też przygodę z cieknącą maską. Najadłam się przy okazji wstydu, bo nie chciałam jej zdjąć pod wodą, aby zamienić się z przewodnikiem. Z jednej strony obawiałam się pieczenia oczu od  słonej wody, ale przede wszystkim samego procesu zalewania maski. No, nie cierpię tego okropecznie! Trochę ćwiczyliśmy to cholerstwo, nawet już po kursie, ale wciąż jest to moja pięta achillesowa. Zamierzam tej wiosny uprzeć się i ćwiczyć do skutku w naszej kałuży. Aż to polubię. Tak, dokładnie! POLUBIĘ!!!


Jarek   -Fot. Tiziana Iotti

Nurkowanie cenowo wyszło o połowę (!) taniej niż w Anglii. Po części wynikało to z wykupienia promocyjnych pakietów, a po części z innej interpretacji pojęcia "sprzęt własny". Gdy się pojawiamy we własnych kombinezonach, ABC i płetwach na angielskim nurkowisku werdykt brzmi: komplet sprzętu do wypożyczenia. Gdy się pojawiliśmy tak odziani (minus pletwy) w Ciprei uznano, że mamy wszystko własne i nie policzono nam za całą resztę klamotów. Żyć nie umierać! Napiwku nie poskąpiliśmy!


Na koniec trochę liczb:

-dni spędzonych w słonecznej Portugalii: 10

-dni nurkowych: 6

-nurkowań w Oceanie: 10

-zwiedzonych wraków: dwa  (prawie 3, bo jeden w dwóch kawałkach)

-max. głębokość: 30m! (Tak, sięgnęliśmy dna! Ha, ha!)

-dni "snurkowe": 2 (nawet przy plaży ryb było tyle, że czuliśmy się jak w akwarium)

-ilość pochłoniętych ciastek: zawstydzająca.




Aga Ciasteczkowy Potwór

 

14:53, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 października 2010

Data: 17 lipca 2010
Miejsce: Carpenwray, UK
Głębokość: do 20.5m
Temp. wody: 16oC
Stwory żywe: partnury (Jarek + Jarek), towarzyszące nurki ("pingwiny" i "lemingi"), jesiotr, okonie, łososie i pstrągi.
Stwory nieżywe: samolot pasażerski, cesna, helikopter "Sikorski", platforma wiertnicza, koń, 2 łódki.


Po wielu próbach zebrania się do kupy (aż cale 3 osoby tej kupy, he, he...), udało nam się, dzięki uprzejmości Jarka (naszego znajomego nurasa, nie mojego małżona) zwiedzić kolejny akwen. 

Rankiem świtkiem (o 7:00!!! Tak! O 7:00 rano w sobotę! Dobrowolnie!) pakujemy się do jego przepastnego auta i ruszamy na północ do kamieniołomu Carpenwray.

Dojeżdżamy na miejsce na pięć minut przed otwarciem i... stajemy w kolejce! Normalnie jak przed mięsnym za Komuny. „Pani kochana, stoję tu od północy, podobno salceson mają rzucić!”

Gdy "bramy raju" wreszcie się otwierają podchodzi parkingowy i sprzedaje bileciki. Ceny zależą od ilości nurka certyfikowanego znajdującego się akurat w aucie. Jako, że jesteśmy tu nowi, dostajemy również kolorowe formularzyki do rejestracji. Wypełniamy i z powrotem lądujemy w kolejeczce, tym razem pieszej. Stojąc tak sobie, grzecznie, mamy okazje DOKŁADNIE zapoznać się z asortymentem sklepu oraz zaprzyjaznić z czteronożną lokalną maskotką w postaci dalmatyńczyka.

Po formalnościach (po raz kolejny zostaliśmy nazwani "członkami", ech...) udajemy się do kontenerka, aby wypożyczyć sprzęt, a tam... No? Co na nas czekało? Tak jest! Kolejny ogonek!

Tłum na parkingu, tłum w sklepie, tłum przed magazynem ze sprzętem.... Nie wróżyło to niczego dobrego. Gdy docieramy nad wodę obraz rzucający się w oczy nasuwa na myśl tylko jedno porównanie: Antarktyda i pingwiny! Na brzegu, w wodzie, pod wodą... Wszędzie te cholerne "pingwiny! Jedyne miejsce od nich wolne to podest do wskakiwania do wody, bo ten z kolei jest zajęty przez lemingi.

No, nie ma co marudzić, trzeba się jakoś dostać do wody, a przy okazji nie dać się zdeptać. Cudem unikam zderzenia z dziarską staruszką (na oko 6 dych na karku!), która pod ciężarem swojego twina nie bardzo jest w stanie manewrować na lądzie, więc idzie przez tłum jak przecinak. Docieramy powoli do betonowej rampy, zakładamy płetwy i raczkiem, z oczami dookoła głowy posuwamy się coraz głębiej, aby się wyważyć. Napełniam jacket i... mam wodę do połowy maski (!). Ołowica. Ciężki przypadek. Znowu się pogubiłam w przeliczaniu kilogramów na funty (Anglicy też sobie z tym nie radzą, więc nie są pomocni, wolą dorzucić kilka kostek więcej).

Wychodzimy, aby pozbyć się nadwyżki. Tym razem przodem (bo już bez płetw), ale za to pod prąd, przez ludzki/pingwini potok. Niezły tor przeszkód, zatem czoło nisko, łokcie na zewnątrz i cała naprzód! 

Uporawszy się z osprzętowaniem, czas najwyższy w końcu zanurkować. Tym razem do wody postanawiamy wejść na skróty, czyli z platformy (tej obleganej przez "lemingi").

Grzecznie stajemy w kolejce (tak, jesteśmy już nieźle w tym wprawieni). O dziwo, idzie całkiem sprawnie. Po chwili staję nad krawędzią, czekam aż się zrobi trochę wolnej przestrzeni pode mną, duży wykrok, plusk i już jestem w wodzie. Uwielbiam ten moment! To mój ulubiony sposób wchodzenia do wody.

Pod wodą okazuje się, że praw fizyki się nie oszuka. Ilość nurkującej braci jest odwrotnie proporcjonalna do przejrzystości wody. Jarek, pełniący dziś rolę naszego przewodnika (był tu wielokrotnie i zna tutejsze zakamarki), jednak nie daje za wygraną i za pomocą kompasu oprowadza nas po kolejnych atrakcjach. Najbardziej podoba nam się wrak samolotu pasażerskiego. Jest świetnie przygotowany dla nurków i to chyba nawet w wersji "for dummies". Wszystko co zbędne lub ostre jest zdemontowane. Część ogonowa jest odcięta i odsunięta tak, aby mieć pełny wgląd do ładowni. Duża, piękna maszyna.

Oglądamy też helikopter "Sikorski", platformę wiertniczą, wraki łódek i jakieś dziwne kilkumetrowe rzeźby rodem z wesołego miasteczka (np.koń czytający gazetę). Ale największa atrakcja czeka na nas w drodze powrotnej. Tutejsze ryby (o rozmiarach grubo ponad-patelniowych!) zdają się dużo bardziej śmiałe od tych z Eccleston. Głaskał ktoś łososia? Albo pstrąga? Te zdechłe z rybnego się nie liczą! Więc? Nie? A ja tak! Ha! Płynęłam też jakieś 20 cm od olbrzymiego jesiotra, ramię w ... hmm... powiedzmy "ramię", ale brakło mi tupetu, aby go dotknąć. Płynął z taką gracją, w dodatku zupełnie mnie ignorując (a próbowałam dotrzymać mu "kroku" przez dłuższą chwilę).

W sumie pomijając tłok i słabą widoczność to wypad należy zaliczyć do udanych. Szczerze mówiąc popularność tego miejsca nie powinna dziwić, biorąc pod uwagę zalety bazy: zarówno atrakcje podwodne jak i świetne zaplecze na lądzie (jest nawet restauracja z grillem węglowym!).

Nurkowisko jest w poniedziałki zamknięte (woda ma szansę się wyklarować), więc nie wszystko stracone! Może kiedyś uda nam się pójść na wagary i zanurkować we wtorek, aby nacieszyć się legendarną wizurką. A wrócimy tam na pewno, bo widzieliśmy ledwo ułamek tego co się kryje pod lustrem wody.


Aga




 

 

19:59, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 października 2010

Czas najwyższy na trochę porządków, bo blog pajęczynami już zarósł. Jak wygonię pająki to może ktoś tu wreszcie zajrzy.

Przede wszystkim zafundowałam sobie nowy takielunek (olinkowanie). Nie ma już odnośników nie związanych z nurkowaniem. Uzupełniłam listę o miejsca, gdzie nurkowaliśmy. Dorzuciłam też moje artykuły, aby były w jednym miejscu, a nie rozstrzelone po różnych wydaniach Nuras-info.

Wkrótce uzupełnię też stronę o wspominki z naszych ostatnich nurkowań... zanim demencja mi je zeżre!



Aga



 
22:13, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
sobota, 31 lipca 2010

Udało mi się wydębić zgodę na wklejenie kilku fotek od jednej z naszych instruktorek.  Biedaczka wcześniej trochę przeholowała i w efekcie ortopeda był zmuszony obuć jej urocza stópkę w gipsowy kozaczek. A gips wody nie lubi... Z moczenia zadka w naszym niewątpliwie przeuroczym towarzystwie zatem nici. Gill jednak bezużyteczną być nie lubi i zamiast plątać się nam pod płetwami i narzekać, wzięła się w garść i ku naszej radości (aczkolwiek lekko skrywanej) przejęła obowiązki klubowego fotografa.

Oto nasza krótka historyjka w obrazkach:


Fot. Gill

Kursanty zapakowane próżniowo,  niczym nie przymierzając,  szyneczki w supermarkecie.



Fot. Gill

-Przeczytaliście odpowiedni rozdział w książce?

-Yes, sir!

-No, to co się będę powtarzał... Znaczy: wiecie co robimy ;) "Walk the plank!"! Ha, ha!



Fot. Gill

-Z drogi śledzie! (czy tam inne pstrągi...)

"Mały" plusk i Aga już w wodzie.



Fot. Gill

Teraz kolej na Jarka. Jak widać Jarek nie zawraca sobie głowy przytrzymywaniem dłonią aparatu oddechowego. Tacy twardziele jak on mają mocny zgryz, a jak trzeba to i z fajką potrafią się zanurzyć. 



Fot. Gill

- A tamten rozdział przeczytaliście? Nie? Oops..., znaczy... nie szkodzi, wyjaśnię wam pod wodą.


Fot. Gill

-Emma! Oddaj balonik, bo naskarżę instruktorowi! 



Jak widać bawiliśmy się przednio!

 -Aga

   


  

   

01:04, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 lipca 2010
...................<meta content="OpenOffice.org 3.2 (Win32)" name="GENERATOR" /><style type="text/css"> <!-- @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } P { margin-bottom: 0.21cm } --> </style> <p>Trochę się „zleniwiłam” ostatnio. Na szczęście nie w nuraniu, a w pisaniu. Nazbierało mi się zatem sporo zaległości.</p> <p>Ostatni wpis był z przed kursu AOWD, wiec mogę teraz uroczyście oświadczyć, że mamy już wymienione certyfikaty z trzech- na czteroliterowe (nie mylić z częścią ciała określaną mianem 4 liter!) W pełni brzmi to: Advanced Open Water Diver. Fajnie co? Można by pomyśleć, że starymi podwodnymi wyjadaczami już jesteśmy, he, he... </p> <p>A jak wygląda taki kurs? Godziny ślęczenia nad książkami, godziny wypływane pod wodą w zróżnicowanych środowiskach i w  zmiennych warunkach, praktykowanie do znudzenia technik awaryjnych, a potem stresujące trudne egzaminy końcowe... </p> <p>No, dobra, jak zwykle zalewam ;) Kurs był czystą przyjemnością.</p> <p>W PADI jest wiele specjalizacji, w których można przebierać jak w ulęgałkach w zależności od zainteresowań. Wystarczy spróbować pięciu z nich (rąbiąc po jednym próbnym nurkowaniu) i już jest się AOWD. Proste! </p> <p>Poza tym, że ogólnie kurs ten jest świetną zabawa, zdobyliśmy kilka nowych umiejętności (prawie jak skauci):</p> <p>-umiemy się nie utopić w suchym skafandrze,</p> <p>-umiemy się nie pociąć i nie umrzeć od zakażenia oglądając zardzewiałe wraki, </p> <p>-umiemy liczyć palce pod wodą po ciemku,</p> <p>-umiemy wydobyć na powierzchnię bezwartościowe, nikomu niepotrzebne przedmioty, używając bojki napompowanej wzbudzonym oktopusem,</p> <p>-umiemy pływać po kwadracie robiąc jednoczenie zasłonę dymna z mułu. </p> <p><br /><br /> </p> <p>W sumie to chyba jednak niezłe fachury już jesteśmy!</p> <p /><p><em>Aga</em></p><p /><p /><p /><p>   <br /></p><p><br /></p><p><br /></p><p>  <br /></p></body> </html>
14:59, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 czerwca 2010

Ano dzisiaj zagadka. Gdzie to nas ostatnio wywiało?


Fot. Jarek


Fot. Jarek



Fot. Jarek


Fot. Jarek


Fot. Jarek


Fot. Jarek


Fot. Jarek


Fot. Aga



Fot. Aga

No, dobra... koniec ściemniania! Nigdzie nas nie wywiało. Siedzimy w domu i się uczymy (już w środę zaczynamy kurs AOWD). A właściwie, jak da się zauważyć, wynajdujemy różne inne niezwykle ważne zajęcia (aktualizacja bloga jest przecież niezwykle istotna), aby tylko nie brać książki do ręki. Jak za dawnych, dobrych, studenckich czasów...
Powyższe zdjęcia zrobiliśmy w oceanarium w Bergen. Kto ma wprawne oko, na pewno szybko wyczaił, że to zdjęcia zza szybki (prócz pingwina i foczek oczywiście).
W Norwegii byliśmy rok temu i wtedy nawet nie marzyliśmy o nurkowaniu. Teraz to co innego. Ach te magiczne fiordy...

Aga Pinokio




 

13:07, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 maja 2010
.............

<meta content="OpenOffice.org 3.2 (Win32)" name="GENERATOR" /><style type="text/css"> <!-- @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } P { margin-bottom: 0.21cm } EM { font-style: italic } --> </style> <p lang="pl-PL"><a name="search"></a><font size="1"><b>Data: </b>22maja 2010<br /><b>Miejsce:</b> Delph Dive Centre, Eccleston, UK <br /><b>Głębokość: </b>do 15m<br /><b>Temp. wody: </b>13<sup>o</sup>C <br /><b>Stwory żywe: </b>partnur (Jarek), jakieś obce nurki i kursanty, okoń, karpie koi, bezczelne pstrągi, tycie omułki.<br /><b>Stwory nieżywe: </b>bolid, jacht motorowy.</font></p> <p lang="pl-PL">Po kilku falstartach wreszcie udało nam się dotrzeć nad wodę i przetestować nasze gwiazdkowe (!) prezenty. </p> <p lang="pl-PL">Miejsce zanurzenia: wiadomo, to najbliżej domu ;)</p> <p lang="pl-PL">Jako nie zmotoryzowani wybraliśmy tym razem opcję najwygodniejszą (przynajmniej takie mieliśmy założenia) i wybraliśmy się, niczem burżuje przebrzydłe, taksówką! A co! podwyżkę w pracy obiecali, nie? Całe 2,5%! Można szaleć!</p> <p lang="pl-PL">Pan kierowca trochę pokluczył, popytał, podzwonił, ale na miejsce w końcu dowiózł. Wąż w kieszeni Jarka tylko stęknął cichutko... </p> <p lang="pl-PL">Poszliśmy się przywitać z właścicielem (tym od oka i łyżeczki ;)  ). A tu niespodzianka! Nie ten sam człowiek! Zagaduje, żartuje i się nawet uśmiecha! Nie, nie był to tik nerwowy, a prawdziwy szczery uśmiech! Może się chłop sklonował... Albo para się czarną magią i się ucieszył widząc w nas ofiary, na które można by przerzucić swoją dzienną dawkę pecha. I pewnie to jest wytłumaczenie dlaczego humor mu się nie popsuł nawet jak mu co chwila zawracaliśmy głowę swoimi problemami. A tych ostatnich jakoś dziwnie dużo się nazbierało. Hmmm... A to Jarek dostrzegł bąbelki ulatniające się z węża w okolicy zaworu mojej butli, a to ja urwałam pasek od płetwy, aż na końcu taksówka się na nas wypieła i zostaliśmy bez transportu powrotnego. </p> <p><span lang="pl-PL">A co nasz ulubieniec na to? Nic! Facet musiał nas naprawdę polubić: aparat oddechowy wymienił na inny, pasek dał nowy (za darmo), a po zakończeniu nurka poprosił swojego pracownika o odwiezienie nas na najbliższy dworzec. </span>I przy każdej czynności boki z nas zrywał...</p> <p lang="pl-PL">Ale może już starczy o nim. W końcu nie dla niego tam pojechaliśmy.</p> <p lang="pl-PL">Kontynuując jednak temat pecha: Jarek wciąż ma problemy z wyrównywaniem ciśnienia w uszach :(  Kilkakrotnie się zanurzał i po chwili zbolały wracał na powierzchnię. Gdy już myślałam, że tym razem będziemy musieli wracać na brzeg, nagle pokazał okejkę. Ucho strzeliło i przestało boleć. Hura! No to na koń i jazda w toń!  </p> <p lang="pl-PL">Ruszamy zatem na zwiedzanie części głębokiej kamieniołomu. Oczywiście, tradycyjnie, bez szczegółowego planu, ale generalnie do samolotu się jeszcze nie pchamy. Zanurzamy się przy jakiejś bojce ("jakiejś", bo nie mogliśmy sobie przypomnieć co oznaczała na mapie) i ruszamy przed siebie, kontrolując głębokość. Pierwsza atrakcja: podwodny bolid. Jakieś dziwne cuś, jakby przerośnięty gokart obciągnięty czerwoną karoserią. Sądząc po solidnych oponach i okablowaniu, kiedyś to to nawet jeździło, a zatem nie atrapa. Obejrzeliśmy, pomacaliśmy, trochę zamuliliśmy...</p> <p lang="pl-PL">Od pojazdu odchodzi poręczówka. Ciekawe dokąd prowadzi? Sprawdzimy? No ba! Dno trochę opada w dó<span style="background: none repeat scroll 0% 0% transparent;">ł, </span>więc zerkam na głębokościomierz. 12m, 13m... Nagle majaczy jakiś duży kształt. O matko! To chyba nie samolot?! Zerkam: 14m, za płytko na jeszcze na latadło. Troszkę się zbliżamy i ukazuje nam się wielgachny jacht motorowy. Wow... Spora łajba, tekowe pokłady... Musiała być ładna. Zaglądamy do środka, ale ciemno, że oko wykol (naszą latareczkę to o kant d..y można potłuc), więc sobie darujemy.  </p> <p><span lang="pl-PL">Spoglądamy na wskaźniki: 15m. Pierwszy raz jesteśmy samodzielnie na takiej głębokości! No, duma rozpiera, że aż z jacketu trzeba trochę spuścić, aby na powierzchnię nie wystrzelić... chłe, chłe... Wpływamy na dach i smarujemy paluchami w mule nasze imiona. Starożytni mogli bazgrolić ("</span><em><span lang="pl-PL">Eryk był tu</span></em><span lang="pl-PL">") to i my możemy! Wandalizm? Eee-tam... za dwa dni śladu nie będzie, a my na wspomnienie "barbarzyństwa" będziemy się uśmiechać jeszcze długie lata.</span></p> <p><span lang="pl-PL">Od łódki prowadzi kolejna poręczówka, ale dość ostro w dół, więc robimy odwrót i płyniemy w stronę pionowej ściany. Patrząc w górę widzimy krawędź, nad którą przepływaliśmy, gdy byliśmy tu po raz pierwszy. Z dołu nie robi już takiego wrażenia. Zaczynam się "wspinać", gdy Jarek nagle mnie powstrzymuje i coś pokazuje. Spryciarz, nauczony przez Rona w Hiszpanii, zaglądał w szczelinki i zauważył maleńkie muszle, jakiś rodzaj omułków. </span>Fajniutkie, kolorowe zeberki takie...</p> <p>Jak się już naoglądaliśmy "super wypasionej rafy" na ściance, wpływamy do części płytkiej, trochę się pokręcić na starych śmieciach. Niestety zanim dostrzegamy jakieś znajome graty Jarek sygnalizuje, <span lang="pl-PL">ż</span>e powoli trzeba kończyć, bo przez te cyrki z uchem wychłeptał już prawie cały zapas "podtrzymywacza życia". Ja mam jeszcze pó<span lang="pl-PL">ł</span> flachy... ale jak mus, to mus. Zresztą i tak ju<span lang="pl-PL">ż </span>przemarzły mi łapki i st<span lang="pl-PL">ó</span>pki :(</p> <p>Po wyjściu z wody, studiujemy mapę, aby sprawdzić trasę naszej wycieczki i ze zdziwieniem odkrywamy, <span lang="pl-PL">ż</span>e ten upragniony samolot jest ledwie na 16m, a wi<span lang="pl-PL">ę</span>c w zasięgu naszych możliwości! Nie mam bladego pojęcia dlaczego sobie ubzdurałam, <span lang="pl-PL">ż</span>e jest na 20?</p> <p>A wiec mamy już "pomys<span lang="pl-PL">ł</span>a" na następne odwiedziny w „naszej” ka<span lang="pl-PL">ł</span>u<span lang="pl-PL">ż</span>y ;)</p> <p>Z ciekawostek zaobserwowanych tego dnia dodam jeszcze, <span lang="pl-PL">ż</span>e komicznie wyglądają dzikie kaczki pływające leniwie nad głowami kursantów klęczących w półkolu na głębokości 2m :D</p> <p><em>Aga</em></p> <p><br /><br /> </p> <p><br /><em></em></p><p><br /><em></em></p><p><br /><em></em></p><p><em>  <br /></em></p><p><em></em></p><p><em></em></p><p><em></em></p><p><em></em></p></body> </html>
14:56, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 maja 2010

Blog wreszcie pozbył się ziejącej dziury w postaci brakującego wpisu o pierwszym nurkowaniu w Eccleston.

Jarek nie doczekał się odwiedzin Weny, więc postanowiłam go wyręczyć. Kapryśne to jego stworzonko... Ja tam swoją Wenę trzymam krótko. Przychodzi na zawołanie. Czasem tylko muszę zanęcić jakimś smakołykiem, ale za to je z reki ;)

Aga




15:08, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 marca 2010
..................<meta content="OpenOffice.org 3.2 (Win32)" name="GENERATOR" /><style type="text/css"> <!-- @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } P { margin-bottom: 0.21cm } EM { font-style: italic } A:link { color: #000080; so-language: zxx; text-decoration: underline } --> </style> <p>Nic nie poradzę, mam tak od dziecka. Jak mi coś się udaje fajnego zrobić, to narzucam się potem wszystkim..., tzn., eee... dziele się ze wszystkimi moja radością ;)</p> <p>Tym razem jest to pisanie felietonów do magazynu nurkowego. Pewien miły człowiek zawitał na <em><font face="Arial"><font size="2"><span style="font-style: normal;">ł</span></font></font></em>amy naszego bloga i po zapoznaniu się z mymi bazgrołami poprosił o współprac<em><font face="Arial"><font size="2"><span style="font-style: normal;">ę </span></font></font></em>. Użył nawet słowa "fajne"! <em><font face="Arial"><font size="2"><span style="font-style: normal;">Ż</span></font></font></em>em <em><font face="Arial"><font size="2"><span style="font-style: normal;">ł</span></font></font></em>asa na komplementy każdego kalibru, nie musia<em><font face="Arial"><font size="2"><span style="font-style: normal;">ł </span></font></font></em>mnie długo przekonywać. </p> <p>Tak oto zostałam pismakiem, hi, hi. Moj pierwszy tekst można znaleźć na stronie magazynu Nuras <a href="http://nuras.info/">http://nuras.info/</a>. Zwie się "Każdy jakoś zaczyna...". </p> <p><br /><br /> </p> <p>Milej lektury!</p> <p style="margin-bottom: 0cm;"><br /> </p> <p /><p /><p><em>Aga Zadarty Nosek</em></p><p><em></em></p><p><em></em></p><p><em></em></p><p><em>    <br /></em></p><p><br /><em></em></p><p><br /><em></em></p><p><em><br /></em></p><p><em></em></p><p><em></em></p><p><em></em></p><p><em>   </em></p></body> </html>
10:45, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 lutego 2010
“Jesień, jesień, liście lecą z drzew…”, a tu, cholerka, pomoczyłoby się jeszcze. Pogoda jednak nieubłagana jest, słupek rtęci poleciał gdzieś na dno rynsztoku i ani myśli się podnieść. Menel jeden! Ale zaraz, zaraz... jest jeszcze trochę zaległego urlopu do wykorzystania. Gdzieś słońce musi jeszcze świecić. Odpalam googlarkę, zarzucam „last minute” i... (werble rąbią: drrrrrrrrrrrrrr...) ta da! España!
wtorek, 23 lutego 2010

Data: 04 października 2009
Miejsce: Delph Dive Centre, Eccleston, UK
Głębokość: do 8m
Temp. wody: 10oC
Stwory żywe: partnur (Jarek), towarzyszące nurki (Jacek i Agata), okonie, karpie koi i pstrągi.
Stwory nieżywe: czołg, dwie motorówki, 2 kontenery,  automat telefoniczny.

Po miesiącu znów nas ciągnęło nad (a raczej pod) wodę. Miejsca nie zmieniliśmy, towarzystwa też... przynajmniej z grubsza. Udało nam się ponownie namówić Jacka, który jednak wymienił żonę na młodszy model. Bez kosmatych myśli proszę! Zabrał córkę jako partnura!

Ku naszemu zaskoczeniu zostaliśmy powitani jak starzy, żeby nie rzec dobrzy, znajomi. Właścicielowi co prawda nie drgnął najmniejszy mięsień odpowiedzialny za uśmiech, ale nie żądał od nas nawet okazania plastików i pamiętał czego potrzebujemy z wypożyczalni. Nad wodę również za nami nie poszedł. Jak widać nie tylko posturę, ale i pamięć ma słoniową ;D

Nauczeni doświadczeniem tym razem zmieniliśmy taktykę i miast tachać cały ten szpej na drugi koniec kałuży, weszliśmy do wody tuż przy kawiarni i wierzchem podpłynęliśmy do miejsca zanurzenia.

Gwoździem programu był czołg zatopiony na 7 metrach. Co by nie mówić o wizurce w Eccelston, a słyszeliśmy wiele złego, pojazd był widoczny z powierzchni, gdy dopłynęliśmy do bojki go znaczącej. Widocznie mało było mącicieli w tym dniu, bo choć dzień był ładny, to temperatura nie rozpieszczała. Szczególnie kogoś takiego jak ja, kto jest trochę niewymiarowy i zawsze dostaje niedopasowany kombinezon. Nie wiem jak to możliwe aby rozmiar S był na mnie za duży (ja się przecież nie kurczę, nawet w zimnie), ale wypożyczona pianka zafundowała mi wątpliwej jakości przyjemność w postaci lejącej się szerokim strumieniem po kręgosłupie LODOWATEJ wody. Brrrrr...   Na szczęście mam już własny ciasny (mimo, ze w rozmiarze ML).

Sam "czołg" trochę rozczarował (cudzysłów nie jest przypadkowy). Fakt, pojazd na pewno militarny, bo zielony i w ogóle jakiś taki duży i toporny (jak wszystko w wojsku), ale nijak podobieństwa do Rudego 102 nie zanotowałam. Ani gąsienic, ani lufy... a przecież na mapie jak wół stoi "tank". Kogoś wyobraźnia chyba poniosła, albo wie o czołgach mniej niż ja, jeśli to ostatnie w ogóle jest możliwe.



Z atrakcji zaliczyliśmy jeszcze dwie "podwodne" motorówki, choć jedną widziałam krótko, bo Jarek postanowił raptownie zawrócić w miejscu na ręcznym. No... chwycił się rękoma burty, a płetwami zrobił wiatrak, efektem czego była totalna mułowa zadyma :P  Łódka znikła. Jarek też!

Generalnie część płytka nie ma już dla nas tajemnic (z wyjątkiem wnętrza kontenera, bo nie mieliśmy latarek, aby je spenetrować), wiec następne odwiedziny w tym miejscu będą  skoncentrowane już raczej na okolicach wraków awialnych ;)

Aga




  

 

15:12, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »

Data: 12 września 2009
Miejsce: Delph Dive Centre, Eccleston, UK
Głębokość: do 7m
Temp. wody: 18oC
Stwory żywe: partnur (Jarek), towarzyszące nurki (Jacek i Kasia), okonie, karpie koi i pstrągi.
Stwory nieżywe: kontener,  automat telefoniczny, plac zabaw.


Urlop w Polsce dobiegł końca. Nadszedł czas powrotu na zimną wyspę. No, ale przecież nie zamierzaliśmy czekać do następnego sezonu, żeby wejść z powrotem do wody. Złapaliśmy już nurkowego bakcyla i nie pozostawało nic innego jak znaleźć lokalną kałużę zdatną do moczenia szanownych ośmiu liter (no... dwa razy po cztery).

Najpierw zarzuciłam hasło na lokalnym forum polonijnym „czy są tu jakieś nuraski?”, bo wiadomo: w kupie raźniej. Później zrobiliśmy rozeznanie, gdzie jest najbliższe centrum nurkowe, a tam wypytaliśmy gdzie jest najbliższe nurkowisko (oczywiście z brodzikiem dla takich kijanek jak my). Okazało się, że całkiem niedaleko, na pobliskiej wioseczce znajduje się kamieniołom zaanektowany całkowicie przez tubylcze moczypupy. W międzyczasie rybka chwyciła i nawiązaliśmy kontakt z przemiłymi rodakami Jackiem i Kasia, chętnymi na wspólny wypad.

Umówiliśmy się na miejscu. Trochę ich rozbawiliśmy zajeżdżając tam rowerami, ale przy braku własnego sprzętu nie był to żaden wyczyn z naszej strony. No przecież w płetwach nie pedałowaliśmy!  A przy okazji, dzięki dwóm kółkom udało nam się namówić Łukasza na wyjazd, więc i „nadwodnego fotografa” mieliśmy.

Pogoda była piękna, humory wszystkim dopisywały do tego stopnia, że momentami dochodziło do napadów głupawki.

Aby móc nurkować w Eccleston i wypożyczać sprzęt trzeba najpierw dać się wciągnąć na listę klubową. Formalnościami zajął się ponury dżentelmen, który najpierw podejrzliwie się przyglądał naszym „plastikom” zrobionym w jakimś dzikim kraju, potem zadawał podchwytliwe pytania, ale w końcu przyjął od nas wypełnione formularze, strzelił każdemu fotkę i zaczął wklepywać dane. W tym momencie chyba pożałował, że nas od razu nie pogonił w diabły. Nie dość, ze imiona dziwaczne i długie, to nazwiska jeszcze dłuższe (nie wspominając o Kasi dwuczłonowym!), a szanowny pan do obsługi klawiatury używał tylko jednego palca. Trochę pomamrotal sobie na koniec coś niezadowolony pod nosem (nawet szelest tłustych funciakow nie poprawił mu nastroju), ale sprzęt i „wozducha” wydał.  Nie omieszkał jednak, podczas skręcania sprzętu, raczyć nas co chwila tekstami w rodzaju: „Czy na pewno czujecie się na siłach, aby zejść pod wodę?”. Wrrr...


fot. Łukasz



Aby się uwolnić od tego „demotywatora” wzięliśmy cały ten szpej i zatachaliśmy w najbardziej odległy kąt. Postura naszego ulbieńca nie wskazywała na zamiłowanie do spacerów, więc założyliśmy, że go więcej oglądać, ni słuchać nie będziemy musieli. Jakież było nasze zdziwienie, gdy już po skończonym nurkowaniu okazało się, że czeka na nas na brzegu! Skubaniec podjechał te kilkadziesiąt metrów samochodem! Na szczęście widząc, że ilość sztuk nurka nie uległa zmianie, wcisnął się z powrotem do auta i bez słowa odjechał.

Początkowo myśleliśmy, że być może facet po prostu nie lubi obcokrajowców (co można zrozumieć, bo ja też już słyszałam np. o Rosjanach mających certyfikaty Open Water Diver zrobione w Moskwie... w lutym!!! No, gdzie oni znaleźli tam „open water” w lutym?), ale okazuje się, że tak samo jest podejrzliwy w stosunku do każdego obcego, także krajowego nurasa. Znalazłam na stronie liverpoolskiego klubu opis pewnego Anglika, który pojechał tam zanurkować po raz pierwszy i odniósł wrażenie, że twarz pracownika klubu wyrażała nie tylko coś w rodzaju: „ale ty nie jesteś stąd, chłopcze, co?”, ale rownież ochotę wydłubania biedakowi oka za pomocą łyżeczki do herbaty :D 

Nic to! Przyjechaliśmy przecież się relaksować a nie stresować. Powciskaliśmy się w pianki, zarzuciliśmy graty na plecy, sprawdziliśmy czy „wsio w pariatkie” i raczkiem, raczkiem, hyc do wody. Uuuu..., co za ulga. Powolutku się „odchudzamy” (woda+powietrze: 1, grawitacja: 0) i powolutku się studzimy, bo zdążyliśmy się już nieźle zgrzać w tym palącym słońcu Północnej Anglii ;)


fot. Łukasz


fot. Łukasz


Sam plan nurkowania był prosty: kręcimy się w płytkiej części akwenu (do 8m) i szukamy „zabawek”. Założony czas: na ile starczy „luftu” ;)

fot. Łukasz


Po raz pierwszy chyba poczułam się jak ryba w wodzie. Nasze pływanie było co prawda chaotyczne, szczególnie w kwestii partnerstwa (można znaleźć opis naszych popisów w majowym wydaniu Nuras-info), ale i tak zdołaliśmy sporo pozwiedzać, a nawet „zadzwonić” do domu z podwodnego telefonu. Nie miałam też pojęcia, że pod wodą można się bujać na huśtawkach! Ha! Szkoda, że nie mieliśmy czym fotki zrobić. Przepłynęliśmy też nad krawędzią, gdzie się zaczyna cześć głęboka akwenu. Ponieważ jest to zalany kamieniołom, więc nie ma gładkiego przejścia, ale jest ostra krawędź z pionową ścianą. Zarzuciłam okiem, a tam normalnie „deep blue! Przyciąga i odstrasza jednocześnie. Wiem, wiem... to tylko głupie 25m, ale to i tak o 7 więcej niż nam wolno, a my nawet do naszego limitu się póki co nie pchamy. Trza się wpierw troszku opływać.

Poza wszelkim martwym sprzętem porozrzucanym na dnie, w wodzie jest też mnóstwo życia. Nurkując z dala od brzegu (jeśli w ogóle można mówić o jakichkolwiek odległościach w przypadku takiej sadzaweczki) można natknąć się co prawda prawie wyłącznie na okonie, ale przy brzegu pływa mnóstwo ogromnych... co ja mowie, ogromniastych (!) pstrągów i różnokolorowych karpi Koi. A dlaczego akurat tylko przy brzegu? Zagadka się rozwiązała, gdy podczas klarowania sprzętu poszłam opłukać płetwy, siadając na kamiennych schodkach zejściówki. Ryby pojawiły się w sekundę, nie wiadomo skąd i o mało nie wciągnęły mnie z tymi płetwami do wody. Typowy obraz postawy żebraczo-roszczeniowej. Za rzadko je karmią (raczej mało prawdopodobne biorąc pod uwagę rozmiary tych bestii) albo apetyt rośnie w miarę jedzenia i wkrótce będą się żywić ludziną.

Z wody wyszliśmy pełni wrażeń, choć z lekkim niedosytem, bo żywiliśmy nadzieję, że obejrzymy sobie czołg, ale niestety nie udało nam się go znaleźć. Członkostwo w klubie mamy wykupione na dwa lata, więc na pewno będzie jeszcze okazja to nadrobić.

Po wyjściu z wody, wysuszeniu się i oddaniu gratów do wypożyczalni ucięliśmy sobie mila pogawędkę przy kawie z „Jackami”, aż nadszedł czas, by nasz nurkoleton (peleton nurkowy) ruszył w drogę powrotną. Oj, coś ciężej się pedałowało w tą stronę...

 

Aga







15:12, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 lutego 2010

Mam wiele marzeń, które pragnę zrealizować, ale gdybym chciała je wszystkie wypisać, to wyszłaby najdłuższa notka na tym blogu. Ograniczę się zatem do zdradzenia Wam mojego największego nurkowego pragnienia:

http://www.youtube.com/watch?v=y0PXkDRhMB4

Aga




 

14:52, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 stycznia 2010

Szkolenie.
Wbrew temu co napisała ma Pani nie wszystko szło tak dobrze.
Teoria, przyswajanie wiedzy praktycznej i ćwiczenia to był pikuś.
Nawet coś tak nieprzyjemnego jak zalewanie i oczyszczanie maski nie stanowiło problemu. Problemem - dla mnie - była w sumie prozaiczna czynność wyrównywania ciśnienia.
Z tego powodu moja pierwsze wycieczka na platformę (3 metry) skończyła się pierwszym i jak dotąd (mam nadzieję) jedynym atakiem paniki w mojej krótkiej karierze nurka - amatora.
Instruktor i ja schodziliśmy z łagodnego brzegu (jakieś 20-25% spadku). Ciśnienie wyrównywałem za późno - czyli gdy już czułem lekki ból w uszach. No i za którymś razem się nie udało. Ja dmucham, a ból narasta. I wystrzeliłem w górę. Instruktor zapewne już wiedział co się święci, bo w porę uchwycił uprząż i pociągnął mnie w dół.
Niby nic, ale..... ale to nie jest fajne gdy hałas jest nie tylko głośny, ale i bolesny. Z czasem to przechodzi :)
Z czasem też człowiek uczy się robić pewne rzeczy nieświadomie a prawidłowo. Teraz wyrównywanie jest dla mnie rzeczywiście prozaiczne.

Jarek



 

22:20, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »

Data: 09 sierpnia 2009
Miejsce: jezioro Ińsko
Głębokość: do 8m
Temp. wody: 21oC (powierzchnia wody)
Stwory żywe: partnur (Jarek), tubylcy zazywajacy kapieli, okonie i wzdręgi.
Stwory nieżywe: dwie platformy na gł. 3m i 8m.

Naszego pierwszego samodzielnego nura wykonaliśmy już nazajutrz po ukończeniu kursu. Zachęceni przez naszego instruktora (głownie upustem na wypożyczany sprzęt, hi, hi) wyruszyliśmy na poszukiwania szczupaka. Zostaliśmy dokładnie poinstruowani, gdzie należy go wypatrywać, ale niestety mimo usilnych prób rozglądania się w zaparowanej masce (to ja), spychania partnera w trzcinowe chaszcze (to Jarek, pewnie żeby mi zrekompensować ograniczenia w widoczności), nie udało nam się tego pięknego drapieżnika namierzyć.

Pozostało nam się jedynie zadowolić próbami podwodnej nawigacji (jakiś podejrzany był ten kompas: jaki kierunek by nie obrać to i tak lądowaliśmy na platformie nr2; to Jarek) oraz straszeniem kąpiącej się młodzieży, ni stąd, ni zowąd wynurzając się w chmurze bąbli tuż obok delikwenta (to ja).  

Było dużo śmiechu, trochę nerwów, zero organizacji, ale mnóstwo satysfakcji.

Ale co by nam za wesoło nie było, resztę urlopu w słonecznej Polsce spędziliśmy nafaszerowani antybiotykami od zapalenia uszu. A co gorsza dostaliśmy od lekarza bana na wytęsknionego rodzimego browarka. Życie...

Aga






15:05, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 stycznia 2010
Pierwsze nasze nurkowania stanowiły oczywiście część kursu OWD. Było dużo emocji w związku z oswajaniem się z nowym środowiskiem (trudno na początku powstrzymać się od odruchowego przeliczania metrów wody nad głową na ilość pięter). Na szczęście mieliśmy świetnego instruktora, który już niejednego wypłosza w swej karierze widział, więc nie zajęło mu dużo czasu, aby zarazić nas swoim entuzjazmem. Dla lepszego zobrazowania skuteczności jego technik: pierwszego dnia przerażała mnie nawet myśl o zejściu na platformę na 3m, a po trzech dniach ćwiczeń nie mogłam się doczekać wyprawy na wraczek na 15m!


Data: 05, 06, 07, 08 sierpnia 2009
Miejsce: jezioro Ińsko
Głębokość: do 15m
Temp. wody: 21oC (powierzchnia wody) 6oC (termoklina)
Stwory żywe: instruktor (Zdzisław), partnur (Jarek), okonie i
wzdręgi.
Stwory nieżywe: dwie platformy na gł. 3m i 8m, szpaler choinek, kuter, zdechły rak.


Podczas naszego kursu większość czasu zajmowały nam ćwiczenia na obu platformach, ale czasem byliśmy też zabierani na "wycieczki po okolicy" podczas których
np. odkryliśmy, że okonie to bardzo ciekawskie stworzenia. Podpływały przed maskę, zastygały w bezruchu i przyglądały nam się oczami jak koraliki. Musieliśmy wyglądać dla nich jak kosmici. Uciekały dopiero, gdy wyciągaliśmy ręce, aby ich dotknąć. Cóż, zdziwiony wyraz pyszczka nie oznacza przecież braku instynktu samozachowawczego.


Okonek (mal. Aga)

Ukoronowaniem naszego szkolenia była wyprawa na wrak kutra spoczywającego na głębokości 15m. Doprowadziła nas tam "aleja zatopionych drzew". Hm... trochę szumna nazwa na szpaler badyli wyglądających, szczególnie latem, jak wyrzut sumienia po minionych świętach Bożego Narodzenia, ale trudno o lepszy podwodny kierunkowskaz. Nikt nie ma szans się zgubić, nawet gdyby jego procesy myślowe były narażone na szwank w związku z kurczącym się z zimna mózgiem ;) Może oczywiście ktoś powiedzieć, że ten organ się przecież nie kurczy, ale ja mogę przysiąc, że gdy na głębokości 8m zaczęła się termoklina i temperatura spadła do 6oC(!), i gdy twarz szczypała jak na mrozie, to mój szary "komputer" chciał się schować jeszcze głębiej do środka.

Samego kutra za bardzo sobie niestety nie pooglądaliśmy, bo na miejscu dostaliśmy tylko uścisk dłoni instruktora, symbolicznego kuksańca (cwaniak, pieczą
tki z instruktorskiej płetwy na cztery litery przystawia dopiero na brzegu) i już był odwrót, aby za długo nie męczyć młodych hibernusów.

Niby zimno, niby ciemno, ale jaka satysfakcja!


Jez. Ińsko o zmierzchu (fot. Aga)

Aga





14:06, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 stycznia 2010
Od czterech dni nie wychodzę z łóżka i to na własne życzenie :( Niestety nie jest to nasz drugi miesiąc miodowy ;) , tylko efekt mojej beztroski (czy zwykłej głupoty, jak kto woli...). Polazłam pojeździć na łyżwach mimo bolącego gardła. Logika mojego procesu myślowego czasem powala: "Skoro i tak się rozchoruję to chociaż się trochę jeszcze poślizgam!".
Ech... w ten oto sposób wyeliminowałam naszą dwójkę z fantastycznie zapowiadającego się powitania Nowego Roku w towarzystwie nurkującej rodzinki.  Byliśmy zaproszeni do ich wiejskiego domku. Zamiast siedzieć z kotem na kolanach, słuchając podwodnych opowieści, Sylwestra spędziłam w pościeli poczytując dla pocieszenia grudniowe wydanie Dive'a.
Na szczęście do przesądnych nie należę (jako potomkini czarownicy w prostej linii) i wierzę, że mimo tego kiepskiego startu rok 2010 będzie bardzo udany, szczególnie pod względem nowych podwodnych doświadczeń.


Życzymy wszystkim odwiedzającym nas dużo powodów do radości w nowym roku, uporu w dążeniu do spełnienia marzeń i przede wszystkim dużo zdrowia (!), a nurkującej braci tradycyjnie: tylu wynurzeń ile zanurzeń!
Oby nam się... :) Wasze zdrowie!!!


Aga
  



 
15:27, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 grudnia 2009

Jako, że jest zima, a więc sezon martwy dla nurasków w Anglii (przynajmniej tych, co się suchego skafandra jeszcze nie dorobili), najbliższe wpisy, w przeważającej większości, będą retrospektywne.

Kurs OWD odbyliśmy w pięknym jeziorze Ińsko. Mimo deszczowej pogody i problemów laryngologicznych humory nam dopisywały. Jarek wykazał się niezwykłą kreatywnością w kwestii mody podwodnej. Codziennie wypróbowywał nowe konfiguracje. Zaczął klasycznie, czyli udowodnił, ze piankę można nosić tył na przód. Potem, że da się też na lewa stronę. Następnym razem nie przełożył nogi do nogawki ocieplacza (wierzchniej krótkiej pianki), przez co wyglądał jakby miał na sobie neoprenowy frak. No Francja Elegancja! Na koniec poleciał po bandzie i podprowadził mi moja damską (!) kurteczkę (ocieplacz z długim rękawem). Ja natomiast podmieniłam portki pracownikowi bazy (nieświadomie, naprawdę!), co mi wypomniał dopiero po kursie. Zresztą i tak wyglądałam jak ostatni łach z pocerowanymi butaprenem nakolannikami. Jedynie instruktor mnie pocieszał, ze wyglądam jak porządny doświadczony nuras. Ha! Dyplomata!

Aga

 

 

 

16:18, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 grudnia 2009

W tym roku gwiazdka zawita do nas wcześniej :D  Już w sobotę wybieramy się po zakup upatrzonych prezentów. O niespodziance oczywiście mowy nie ma, bo bez przymierzenia "ni dy rydy". Mimo to jestem podekscytowana jak dziecko na myśl o mojej pierwszej piance (nie, nie tej do włosów!).

W wyborze modelu pomógł nam lokalny sklep: po prostu innych nie mają i już! :D  Długo się jednak nie zastanawialiśmy, bo tylko spójrzcie jakie fajniutkie są:

Lynx 5mm

 

Życzę zatem wszystkim, aby mieli tyle radości z tegorocznych prezentów co ja!

Aga

 

14:16, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 grudnia 2009

Jestem Jarek - gorsza połowa Agi.

Nasze początki nurania są wynikiem mojej nieudanej intrygi.  Nadszedł czas kanikuły, którą to chciałem spędzić we właściwy sobie sposób. Leżąc na trawie wpatrzony w chmury, wsłuchany w bzyk latających bzyków i rozkoszujący się smakiem piwka marki.....

Ale......ale moja lepsza połowa to taka bardziej ruszająca się jest. Wpadła na pomysł by się po jakiś tam skałkach niczym nie przymierzając małpa jakaś wspinać. Mało tego i ja miałbym drogocenny czas letni w tenże  niedorzeczny sposób marnować.

No to umyśliłem sobie co by jej alternatywę dać. Alternatywę w postać wielce nieprzyjemnej - bo mokro, ciemno i zimno - czynności  nurkowania. No, bo kto rozsądny będzie właził gdzie potwory i utopce żyją? A po za tym gdyby On chciał abyśmy w głębiny się zapuszczali to mielibyśmy skrzela nie płuca, nie? No.

I tak trwałem pełen nadziei i naiwnej wiary w rozsądek mej Połowicy..... Ubrany w kombinezon i z butla na plecach ciągle się łudziłem, że się wzdrygnie, zatrzyma i wybiegnie z krzykiem na brzeg. Łudziłem się gdy z inflatora uchodziło powietrze, a woda się zamykała na de mną.........

Po ósmym nurze ma wiara rozpuściła się w odmętach, a odrazę do wodnego świata zastąpiła perwersyjna przyjemność jego eksploracji.

Jarek

 

 

 

 

12:17, wredna_ruda
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 grudnia 2009

Fascynacja podwodnym światem zawsze gdzieś się we mnie tlila. Kto nie lubi oglądać zdjęć kolorowych rybek, niech pierwszy rzuci kamień! Dlatego ochoczo i radośnie przystałam na propozycję mojego szanownego Małża zrobienia kursu OWD jako alternatywy dla mojego pomysłu z obozem wspinaczkowym. Taaaaak..., a tak szczerze to o wyborze sposobu spędzenia urlopu w Polsce przesądził aspekt prakryczny, czyli lokalizacja. Rodzina i przyjaciele mieszkają bardzo daleko od pięknych skałek Jury Krakowsko-Częstochowskiej. A za bliskimi byliśmy już trochę stęsknieni...

Nie ma tego złego... Jak widać czasem proza (życia) może się samoistnie przeistoczyć w poezję.

Zapisaliśmy się zatem na kursik w lokalnym ośrodku, przestudiowaliśmy nadesłane materiały, zakupiliśmy ABC (czyli maski, rurki i buty), przykleiliśmy wielkie „banany” do twarzy i byliśmy gotowi do nurania.

Kwestie kondycji (oczywiście mojej, nie Jarka) dyskretnie przemilczę, ale skoro taka Leni Riefenstahl mogła nurkować w wieku 90+, no to to nie może być sport wyczynowy, prawda? O naiwności moja! Już samo wbicie się w piankę, szczególnie wilgotną, to nie lada WYCZYN! Jak już ci się ta sztuka charakteryzacji na Teletubisia uda, to w nagrodę dostajesz gustowny 10kg pasek na biodra i min. 10-litrowa stalową flaszke na grzbiet. Uh! W tym momencie jesteś przekonany, że to jest szczyt niewygody, ale znowu się mylisz! Czas włozyc maskę, która nie tylko zawęża ci pole widzenia, ale też przywołuje koszmarne wspomnienia z anginą w roli głównej. A to wciąż nie koniec! Potrzebujesz jeszcze napędu! Nie, nie skuterka... pary „superwygodnych” płetw przemieniających spacerek dwumetrowej długości w mission impossible. A w głowie huczy stary przebój: „... i co ja robię tuuuu?...”

Zanurzasz się i oto nagle staje się cud! Wkraczasz do świata, gdzie nie tylko te wszystkie graty zdają się nic nie ważyc, ale i ty sam wydajesz się leciutki jak piórko. Przypominają ci się w tym momencie nieporadne na lądzie foczki, ktore w wodzie wyczyniają niemal akrobatyczne wygibasy. Bosko...

Pozostaje tylko jeszcze przezwyciężyć wszelkie strachy z oddychaniem pod wodą, tajemniczymi stworami czyhającymi w głębinach, wszelkimi strasznymi historiami o urazach  ciśnienieniowych i można zacząć ćwiczenia, np. opróżnianie zalanej maski (pod wodą oczywiście!). Mniodzio!

Jak to sie mówi? Wdepnęliśmy? Umoczliśmy? O, to to chyba nie... Wsiąklismy! :D

Aga

 

   


17:49, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »

Już od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem pisania bloga. W związku z niedawnym rozpoczęciem nowej pasji (kolejnej, o zgrozo!), będzie to blog o tematyce nurkowej.

Tytułu naszego bloga wyjasniać chyba nie muszę. Kto był pod wodą, ten wie, że jest to magiczna kraina. A my mamy do niej klucz! Taki plastikowy, wielkości karty kredytowej, z napisem: Open Water Diver ;)

Pozdrawiam wszystkich czytających!

Aga

ps. Z góry uprzedzam, że wpisy będą chaotyczne, nieregularne i pewnie całe to pisanie znudzi nam się po dwóch tygodniach, ale póki co to "nasz kawałek podłogi" ;P

12:57, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
1 , 2