Eccleston 3 (Stara relacja, obecna lokalizacja: wynik balaganu na blogu)
Po kilku falstartach wreszcie udalo nam sie dotrzec nad wode i przetestowac nasze gwiazdkowe (!) prezenty.
Miejce zanurzenia: wiadomo, to najblizej domu ;)
Jako, że dorobiliśmy się wreszcie własnego sprzętu, zaczęło nas ciągnąć w dzicz. Ze względów termicznych (suchary jeszcze póki co pozostają poza naszym zasięgiem) ograniczyliśmy tę dzicz do śródlądzia. Jarek namierzył walijski kamieniołom o wdzięczniejej nazwie Dorothea vel Dotty.
Na polu zmagań basenowych odnotowano jednocześnie i porażkę i sukces.
Chromolić kraula! Choć nie odstawiam już wodnej wersji tańca świętego Wita, to wciąż wypluwam płuca po 20 metrach. Jednym słowem: dupa, a nie kraul!
Wiwat żabka! Usprawniłam swoją żabkę do tego stopnia, że śmigam jak... hm, no, chyba jak żaba... Niektórzy "kraulowcy" mogą co najwyżej wir za moimi stopami podziwiać, ha! Oczywiście tyczy się to tych najbardziej koślawych, ale i tak poczytuję sobie to za sukces. Co się będę dołować, nie?
Zgodnie z obietnica oto pierwszy raport z naszych postepow:
Aby zaczac kurs DM bedziemy musieli zaliczyc egzamin sprawnosciowy, zatem pilnie cwiczymy na basenie (srednio co drugi dzien). Niestety jak na razie z kiepskim rezultatem :(
Ukończyliśmy kolejny kurs, to już chyba uzależnienie ;)
Tym razem był to Rescue Diver (oczywiście opis naszych popisów będzie można znaleźć w czerwcowym "Nuras-Info").
Dawno, dawno temu... Ok, nie aż tak dawno, ale jakieś cztery miesiące temu (wedle blogowego zegara to jednak szmat czasu), wybraliśmy się zanurkować na 50m. A co! My nie damy rady? My?! A kto nam zabroni? Hulaj dusza, piekła nie ma!
Ukończyliśmy kurs pierwszej pomocy. Zapisaliśmy się, bo nadarzyła się okazja (ach te przedświąteczne promocje;) ), a przede wszystkim, bo planujemy zrobić kurs Rescue Diver w przyszłym roku.
Mamy za sobą prawdziwe wakacje nurkowe. Nie będę się nadto rozpisywać, gdyż pełną relacje z wyprawy do Sesimbry można przeczytać tutaj: http://picasaweb.google.com/agajurg/Felietony#5527619945896028290
Po wielu próbach zebrania się do kupy (aż cale 3 osoby tej kupy, he, he...), udało nam się, dzięki uprzejmości Jarka (naszego znajomego nurasa, nie mojego małżona) zwiedzić kolejny akwen.
Czas najwyższy
na trochę porządków, bo blog pajęczynami już zarósł. Jak
wygonię pająki to może ktoś tu wreszcie zajrzy.
Przede wszystkim
zafundowałam sobie nowy takielunek (olinkowanie). Nie ma już
odnośników nie związanych z nurkowaniem. Uzupełniłam listę o
miejsca, gdzie nurkowaliśmy. Dorzuciłam też moje artykuły, aby
były w jednym miejscu, a nie rozstrzelone po różnych wydaniach
Nuras-info.
Wkrótce
uzupełnię też stronę o wspominki z naszych ostatnich nurkowań...
zanim demencja mi je zeżre!
Udało mi się wydębić zgodę na wklejenie kilku fotek od jednej z naszych instruktorek. Biedaczka wcześniej trochę przeholowała i w efekcie ortopeda był zmuszony obuć jej urocza stópkę w gipsowy kozaczek. A gips wody nie lubi... Z moczenia zadka w naszym niewątpliwie przeuroczym towarzystwie zatem nici. Gill jednak bezużyteczną być nie lubi i zamiast plątać się nam pod płetwami i narzekać, wzięła się w garść i ku naszej radości (aczkolwiek lekko skrywanej) przejęła obowiązki klubowego fotografa.
<meta content="OpenOffice.org 3.2 (Win32)" name="GENERATOR" /><style type="text/css">
<!--
@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm }
P { margin-bottom: 0.21cm }
EM { font-style: italic }
-->
</style>
<p lang="pl-PL"><a name="search"></a><font size="1"><b>Data: </b>22maja
2010<br /><b>Miejsce:</b> Delph Dive Centre, Eccleston, UK <br /><b>Głębokość:
</b>do 15m<br /><b>Temp. wody: </b>13<sup>o</sup>C <br /><b>Stwory żywe:
</b>partnur (Jarek), jakieś obce nurki i kursanty, okoń,
karpie koi, bezczelne pstrągi, tycie omułki.<br /><b>Stwory
nieżywe: </b>bolid, jacht motorowy.</font></p>
<p lang="pl-PL">Po kilku falstartach wreszcie udało nam się dotrzeć
nad wodę i przetestować nasze gwiazdkowe (!) prezenty.
</p>
<p lang="pl-PL">Miejsce zanurzenia: wiadomo, to najbliżej domu ;)</p>
<p lang="pl-PL">Jako nie zmotoryzowani wybraliśmy tym razem opcję
najwygodniejszą (przynajmniej takie mieliśmy założenia) i
wybraliśmy się, niczem burżuje przebrzydłe, taksówką! A co!
podwyżkę w pracy obiecali, nie? Całe 2,5%! Można
szaleć!</p>
<p lang="pl-PL">Pan kierowca trochę pokluczył, popytał, podzwonił,
ale na miejsce w końcu dowiózł. Wąż w kieszeni Jarka tylko
stęknął cichutko...
</p>
<p lang="pl-PL">Poszliśmy się przywitać z właścicielem (tym od
oka i łyżeczki ;) ). A tu niespodzianka! Nie ten sam
człowiek! Zagaduje, żartuje i się nawet uśmiecha! Nie, nie był
to tik nerwowy, a prawdziwy szczery uśmiech! Może się chłop
sklonował... Albo para się czarną magią i się ucieszył widząc
w nas ofiary, na które można by przerzucić swoją dzienną dawkę
pecha. I pewnie to jest wytłumaczenie dlaczego humor mu się nie
popsuł nawet jak mu co chwila zawracaliśmy głowę swoimi
problemami. A tych ostatnich jakoś dziwnie dużo się
nazbierało. Hmmm... A to Jarek dostrzegł bąbelki ulatniające
się z węża w okolicy zaworu mojej butli, a to ja urwałam pasek od
płetwy, aż na końcu taksówka się na nas wypieła i zostaliśmy
bez transportu powrotnego.
</p>
<p><span lang="pl-PL">A co nasz ulubieniec na to? Nic! Facet musiał
nas naprawdę polubić: aparat oddechowy wymienił na inny,
pasek dał nowy (za darmo), a po zakończeniu
nurka poprosił swojego pracownika o odwiezienie nas na
najbliższy dworzec. </span>I przy każdej czynności boki z nas
zrywał...</p>
<p lang="pl-PL">Ale może już starczy o nim. W końcu nie dla
niego tam pojechaliśmy.</p>
<p lang="pl-PL">Kontynuując jednak temat pecha: Jarek wciąż ma
problemy z wyrównywaniem ciśnienia w uszach :( Kilkakrotnie
się zanurzał i po chwili zbolały wracał na powierzchnię. Gdy już
myślałam, że tym razem będziemy musieli wracać na brzeg, nagle
pokazał okejkę. Ucho strzeliło i przestało boleć. Hura! No to na
koń i jazda w toń! </p>
<p lang="pl-PL">Ruszamy zatem na zwiedzanie części głębokiej
kamieniołomu. Oczywiście, tradycyjnie, bez szczegółowego planu,
ale generalnie do samolotu się jeszcze nie pchamy. Zanurzamy się
przy jakiejś bojce ("jakiejś", bo nie mogliśmy sobie
przypomnieć co oznaczała na mapie) i ruszamy przed siebie,
kontrolując głębokość. Pierwsza atrakcja: podwodny bolid. Jakieś
dziwne cuś, jakby przerośnięty gokart obciągnięty czerwoną
karoserią. Sądząc po solidnych oponach i okablowaniu, kiedyś to
to nawet jeździło, a zatem nie atrapa. Obejrzeliśmy, pomacaliśmy,
trochę zamuliliśmy...</p>
<p lang="pl-PL">Od pojazdu odchodzi poręczówka. Ciekawe dokąd
prowadzi? Sprawdzimy? No ba! Dno trochę opada w dó<span style="background: none repeat scroll 0% 0% transparent;">ł,
</span>więc zerkam na głębokościomierz. 12m, 13m... Nagle majaczy
jakiś duży kształt. O matko! To chyba nie samolot?! Zerkam: 14m,
za płytko na jeszcze na latadło. Troszkę się zbliżamy i
ukazuje nam się wielgachny jacht motorowy. Wow... Spora łajba,
tekowe pokłady... Musiała być ładna. Zaglądamy do środka,
ale ciemno, że oko wykol (naszą latareczkę to o kant d..y można
potłuc), więc sobie darujemy.
</p>
<p><span lang="pl-PL">Spoglądamy na wskaźniki: 15m. Pierwszy
raz jesteśmy samodzielnie na takiej głębokości! No,
duma rozpiera, że aż z jacketu trzeba trochę spuścić, aby na
powierzchnię nie wystrzelić... chłe, chłe... Wpływamy na
dach i smarujemy paluchami w mule nasze imiona. Starożytni mogli
bazgrolić ("</span><em><span lang="pl-PL">Eryk był tu</span></em><span lang="pl-PL">")
to i my możemy! Wandalizm? Eee-tam... za dwa dni śladu nie będzie,
a my na wspomnienie "barbarzyństwa" będziemy się
uśmiechać jeszcze długie lata.</span></p>
<p><span lang="pl-PL">Od łódki prowadzi kolejna poręczówka, ale
dość ostro w dół, więc robimy odwrót i płyniemy w stronę
pionowej ściany. Patrząc w górę widzimy krawędź, nad którą
przepływaliśmy, gdy byliśmy tu po raz pierwszy. Z dołu nie robi
już takiego wrażenia. Zaczynam się "wspinać", gdy Jarek
nagle mnie powstrzymuje i coś pokazuje. Spryciarz, nauczony przez
Rona w Hiszpanii, zaglądał w szczelinki i zauważył
maleńkie muszle, jakiś rodzaj omułków. </span>Fajniutkie,
kolorowe zeberki takie...</p>
<p>Jak się już naoglądaliśmy "super wypasionej rafy" na
ściance, wpływamy do części płytkiej, trochę się pokręcić na
starych śmieciach. Niestety zanim dostrzegamy jakieś znajome graty
Jarek sygnalizuje, <span lang="pl-PL">ż</span>e powoli trzeba
kończyć, bo przez te cyrki z uchem wychłeptał już prawie cały
zapas "podtrzymywacza życia". Ja mam jeszcze pó<span lang="pl-PL">ł</span>
flachy... ale jak mus, to mus. Zresztą i tak ju<span lang="pl-PL">ż
</span>przemarzły mi łapki i st<span lang="pl-PL">ó</span>pki :(</p>
<p>Po wyjściu z wody, studiujemy mapę, aby sprawdzić trasę naszej
wycieczki i ze zdziwieniem odkrywamy, <span lang="pl-PL">ż</span>e
ten upragniony samolot jest ledwie na 16m, a wi<span lang="pl-PL">ę</span>c
w zasięgu naszych możliwości! Nie mam bladego pojęcia dlaczego
sobie ubzdurałam, <span lang="pl-PL">ż</span>e jest na 20?</p>
<p>A wiec mamy już "pomys<span lang="pl-PL">ł</span>a" na
następne odwiedziny w „naszej” ka<span lang="pl-PL">ł</span>u<span lang="pl-PL">ż</span>y
;)</p>
<p>Z ciekawostek zaobserwowanych tego dnia dodam jeszcze, <span lang="pl-PL">ż</span>e
komicznie wyglądają dzikie kaczki pływające leniwie nad głowami
kursantów klęczących w półkolu na głębokości 2m :D</p>
<p><em>Aga</em></p>
<p><br /><br />
</p>
<p><br /><em></em></p><p><br /><em></em></p><p><br /><em></em></p><p><em> <br /></em></p><p><em></em></p><p><em></em></p><p><em></em></p><p><em></em></p></body>
</html>
Blog wreszcie pozbył się ziejącej dziury w postaci brakującego
wpisu o pierwszym nurkowaniu w Eccleston.
Jarek nie doczekał się odwiedzin Weny, więc
postanowiłam go wyręczyć. Kapryśne to jego stworzonko... Ja tam
swoją
Wenę trzymam krótko.
Przychodzi na zawołanie. Czasem tylko muszę zanęcić jakimś
smakołykiem, ale za to je z reki ;)
..................<meta content="OpenOffice.org 3.2 (Win32)" name="GENERATOR" /><style type="text/css">
<!--
@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm }
P { margin-bottom: 0.21cm }
EM { font-style: italic }
A:link { color: #000080; so-language: zxx; text-decoration: underline }
-->
</style>
<p>Nic nie poradzę, mam tak od dziecka. Jak mi coś się udaje
fajnego zrobić, to narzucam się potem wszystkim..., tzn.,
eee... dziele się ze wszystkimi moja radością ;)</p>
<p>Tym razem jest to pisanie felietonów do magazynu nurkowego.
Pewien miły człowiek zawitał na <em><font face="Arial"><font size="2"><span style="font-style: normal;">ł</span></font></font></em>amy
naszego bloga i po zapoznaniu się z mymi bazgrołami poprosił o
współprac<em><font face="Arial"><font size="2"><span style="font-style: normal;">ę
</span></font></font></em>. Użył nawet słowa "fajne"!
<em><font face="Arial"><font size="2"><span style="font-style: normal;">Ż</span></font></font></em>em
<em><font face="Arial"><font size="2"><span style="font-style: normal;">ł</span></font></font></em>asa
na komplementy każdego kalibru, nie musia<em><font face="Arial"><font size="2"><span style="font-style: normal;">ł
</span></font></font></em>mnie długo przekonywać.
</p>
<p>Tak oto zostałam pismakiem, hi, hi. Moj pierwszy tekst można
znaleźć na stronie magazynu Nuras <a href="http://nuras.info/">http://nuras.info/</a>. Zwie
się "Każdy jakoś zaczyna...".
</p>
<p><br /><br />
</p>
<p>Milej lektury!</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;"><br />
</p>
<p /><p /><p><em>Aga Zadarty Nosek</em></p><p><em></em></p><p><em></em></p><p><em></em></p><p><em> <br /></em></p><p><br /><em></em></p><p><br /><em></em></p><p><em><br /></em></p><p><em></em></p><p><em></em></p><p><em></em></p><p><em> </em></p></body>
</html>
“Jesień, jesień, liście lecą z drzew…”, a tu, cholerka, pomoczyłoby się jeszcze. Pogoda jednak nieubłagana jest, słupek rtęci poleciał gdzieś na dno rynsztoku i ani myśli się podnieść. Menel jeden!
Ale zaraz, zaraz... jest jeszcze trochę zaległego urlopu do wykorzystania. Gdzieś słońce musi jeszcze świecić. Odpalam googlarkę, zarzucam „last minute” i... (werble rąbią: drrrrrrrrrrrrrr...) ta da! España!
Po miesiącu znów nas ciągnęło nad (a raczej pod) wodę. Miejsca nie zmieniliśmy, towarzystwa też... przynajmniej z grubsza. Udało nam się ponownie namówić Jacka, który jednak wymienił żonę na młodszy model. Bez kosmatych myśli proszę! Zabrał córkę jako partnura!
Urlop w Polsce dobiegł końca. Nadszedł czas powrotu na zimną wyspę. No, ale przecież nie zamierzaliśmy czekać do następnego sezonu, żeby wejść z powrotem do wody. Złapaliśmy już nurkowego bakcyla i nie pozostawało nic innego jak znaleźć lokalną kałużę zdatną do moczenia szanownych ośmiu liter (no... dwa razy po cztery).