Nasza, czyli Agi i Jarka, przygoda z nurkowaniem
RSS
czwartek, 04 czerwca 2015

Czas na maly "update".

Duzo sie u nas nie zmienilo: wciaz mamy "normalna" prace na pelny etat i tylko w czasie wolnym jestesmy instruktorami-woluntariuszami w tym samym miejscu, tyle ze pod nowym zarzadem.

Nurkowo-zawodowo awansowalismy do MSDT (Master Scuba Diver Trainer, prawda, ze fajnie brzmi?), ale nie pchamy sie juz wyzej. Idziemy w bok. I to doslownie. Przerabiamy sie na "boczniaki" czyli nurkujacych w konfiguracji bocznej (sidemount). I dlatego wlasnie mam nowy material na wpisy :) Znowy zaliczamy wpadki i upadki.

 

Naogladalismy sie filmikow na youtube i napalilismy sie jak szczerbaty na suchary. Do tego te wszystkie opinie uzytkownikow: super/duper/extra!

Nikt tylko nie wspomnial, ze do tego potrzeba odrobiny wprawy, a na samym poczatku to jest zwykla "dupa", a nie zadne "duper".

 

Pierwsze podejscie.

Zakladam ustrojstwo. teoretycznie powinno byc "klik, klik" i juz. W moim wykonaniu: k..., k..., k..., k... k..., k...klik!, k..., k... k..., k..., nosz k...wa!, k..., k..., klik! Uf... Mimo pierwszego rzuconego miesa, wciaz jestesmy jeszcze optymistyczni i podjarani cala przygoda.

Proba zanurzenia... i? Gdzie jest inflator? No, gdzie? Zdaje sie, ze gdzies pod broda... Macam, macam... ciagle co innego wpada w dlon. Wszedzie pelno jakis gumek, karabinczykow i wezykow. Jest! Pierwszy maly sukces!

Po zlokalizowaniu zguby mozna sie juz zanurzyc. No, dalej! Powiedzialam: zanurzyc! Szlag! Za malo olowiu, czy jak? Przeciez wiecej juz sie nie zmiesci! OK, niech mnie ktos po prostu wepchnie pod wode. Pomocne dlonie sprowadzaja mnie pod lustro wody. Czuje sie jak worek kartofli, ale grunt, ze dziala. Jestem wreszcie pod woda. Uff... mozna troche sie rozruszac. Poki plyne nie jest zle, gorzej gdy sie zatrzymam. Mocny przechyl na dziob. Nie pomaga to ani w wykonywaniu cwiczen, ani w zachowaniu poprawnego trymu, a juz najmniej przy probie plyniecia w tyl. I nie, nie moge przeniesc olowiu nizej, bo juz jest w najnizszej mozliwej pozycji. Najwyrazniej sprzet zostal zaprojektowany dla facetow o chudych tylkach.

Pierwsze skills'y nie sa szczegolnie trudne, choc odnalezienie chocby takich drobiazgow jak mikro-sznureczek spluczki jest troche frustrujace. Najgorsza jest ta ciagla walka z pozycja. Albo kolana leca w dol, albo cala sie przemieszczam bezwiednie do przodu. Brak wstecznego nie pomaga. W efekcie robie jakies dziwne wygibasy i orbituje wokol instruktora.

Z basenu wychodze nawet nie tyle rozczarowana co wsciekla. Kilkuletnie doswiadczenie zdobyte w singlu mozna o kant d...py rozbic. Wszystkiego musze sie uczyc od poczatku.

A moze to wszystko jest calkiem proste, tylko ja taka zdolna inaczej jestem?

 

cdn.

 

 

-Aga Boczniakowna

 

14:57, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 kwietnia 2013
Jak sklasyfikować nurkowanie w podziemnym rezerwuarze wody pitnej (oczywiscie juz nie uzywanym zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem)? Hmm...
Jaskiniowe to to nie jest, bo brak "sufitu" (jest ok 50cm poduszka powietrzna pod betonowym stropem i można w każdej chwili się wynurzyć). 
Kawernowe ani nawet basenowe to to nie jest, bo brak światła dziennego. 
Nocne to to też nie jest, bo jednak nurkowalismy w dzień :) 
Wiec co to u licha jest?
A czy to ważne? Grunt, że to nurkowanie! A jak inne niż dotychczasowe to jeszcze lepiej!
Zatem raniutko zapakowaliśmy się do klubowego busika i pomknęlismy w kierunku Stoke-on-Trent ku nowej przygodzie. 
Na miejscu Martin -właściciel mokrego przybytku (oraz pokaźnych dredów) zrobił nam krótki wstęp, składający się głównie z zasad bezpieczeństwa, wyposażył nas w gwizdki jako urzadzenia sygnalizacyjne w razie jakiej draki, po czym życzył nam dobrej zabawy i się oddalił w sobie znanym kierunku pozostawiajac swe włościa w nasze panowanie. 
No to się rozpanoszyliśmy! Czas na piknik! Herbatka, kawka, ciasteczko... co tylko dusza zapragnie prosto z kawiarenki pani Martinowej.
W kwestii moczenia to zrobiliśmy zaledwie po dwa nurki, bo miejsce, choć fajne bardzo, to jednak gabarytami nie rozpieszcza i latwo sie znudzic. Pierwsze wejscie bylo najlepsze, bo nie wiadomo bylo ktoredy plynac, ktore przejscie wybrac i co bedzie za rogiem. Probowalam tez przyczaic sie z wylaczona latarka na kolegow za jednym z otworow laczacych dwie komory, ale niestety obrali inna trase i sie im upieklo. 
Widzialam tez topielca. Prawdziwego, tyle ze w wersji mini. Chcialam poswieccic latarka do gory, aby sprawdzic, czy da sie zobaczyc z pod wody odblaski na suficie (rodzaj "kocich oczek" uzytych do oznakowania drogi ewakuacyjnej), spogladam w gore a tam... myszka, a raczej male smetne truchelko  :( 
No ale zeby smutkiem zbytnio tu nie wialo na koniec zalaczam linka do filmiku z tegoz  radosnego wypadu.
http://www.youtube.com/watch?v=qkFmrr-g1uI
 
 
 
Aga Szambonurek
 

14:47, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 stycznia 2013
Nasza Glacierka wkrótce przenosi się na nowe miejsce. Ale jakie miejsce! Będziemy mieć nową siedzibę z większym basenem oraz dostęp do kilku doków (na wyłączność), w których będzie można szkolić w ramach wód otwartych. Żadnego więcej tarmoszenia studentów na odległe nurkowiska. Otwierasz drzwi od klasy, robisz wielki wykrok na progu i... plusk! Słodko.

Ale hola, hola, panowie (i panie) instruktory! Zanim wpuścimy tam kursantów trzeba teren przygotować, a przede wszystkim zabezpieczyć. Doki przez lata... co ja mowie? lata? dekady całe!  ...przez prawie dwa wieki służyły statkom do postoju i przeładunku najróżniejszych towarów (i na pewno nie jedno tam wpadło), a przez ostatnie lata okolicznej ludności jako czarna dziura na śmiecia wszelakie (szczeglnie te wielkogabarytowe).
Chłopaki zaczęli od najdalszego końca, gdzie w przyszłości będą platformy treningowe. Wyciągnęli jedno kompletne Audi (ku rozczarowaniu co poniektorych bez trupa w bagażniku) i silnik od Jaguara. Reszta "skarbów" na razie pozotaje tajemnicą skrywaną przez prawie dwumetrowej grubości warstwę szlamu. To ostatnie paskudztwo wszystkim spędza sen z oczu .
Nam w udziale przypadła penetracja części najbliższej bramie wjazdowej.
A skoro najbliżej wejscia to znaczy, że czarna dziura miała tu najmocniejszą siłę przyciągania i liczyliśmy na ciekawe fanty. Szczególnie chłopaki po rozczarowaniu zawartościa pierwszego auta liczyli na dreszczyk emocji.

Fot. Paul A.

Pierwsze co zauważylismy to... niespodzianka! ... kolejne auto (nikt się nie odważył zajrzeć do bagażnika), a potem jeszcze jedno auto (a właściwie tylko jego przednia połowa, więc bez schowka na dodatkowego pasażera), aż wreszcie... nie, nie trup... łódeczka! Mała, drewniana i kompletna. Wygladała jak typowy "bączek", z tą tylko różnica, że miała skrzynkę mieczową pośrodku. Być może ją kiedyś wydobędziemy na powierzchnię, aby powiększyc naszą klubowa armadę. Pod koniec znależliśmy jeszcze jedno pływadełko, tym razem metalowe, ale niestety w opłakanym stanie. Poza tym jakieś taczki, wiadra, puszki, mnóstwo gałęzi oraz lin, kabli, a nawet łańcuchów. Trzeba było uważać, aby się w coś nie zaplatać i osatecznie nie dać satysfakcji kolegom o makabrycznych upodobaniach. Szczególnego skupienia wymagały miejsca o słabszej widoczności, które co chwilę napotykalismy w postaci białej zawiesiny przypominającej mgłę. Największe wrażenie jednak na wszystkich zrobił duży czarny worek wibity do połowy w muł. Zapewne są tam zwykłe śmieci, ale wszyscy i tak wiemy na co liczą nasze głębinowe hieny. Ciekawe, że ponownie nikt nie miał dość odwagi, aby ów worek bliżej zbadać.
Podsumowując: było to naprawdę ekscytujące doświadczenie móc zanurkować w miejscu, gdzie nikogo wcześniej nie było. I może nie odkryliśmy skarbu, ale  dobrze się bawiliśmy i na szczęscie obyło się bez umarlaka.


Aga Explorerka



 

23:27, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 stycznia 2013

Od razu wyjaśniam: nie, nie mamy pasożytow układu pokarmowego (a przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo), to my jesteśmy rzeczonymi owsikami! Do tej pory byliśmy zwykłymi "padalcami", aż wreszcie dopięliśmy swego i awansowaliśmy do stopnia "owsika"  hi, hi...

No dobra, rozwinę te urocze spolszczenia: padalce to nurki spod bandery Professional Association of Diving Instructors (PADI), a owsiki to belfry tejże organizacji czyli Open Water Scuba Instructors (OWSI), co oznacza... (werble proszę!) że oboje jesteśmy patentowanymi instruktorami nurkowania! Woohoo! Nie zamierzam teraz chowac sie za woalem falszywej skromnosci, jestem cholernie dumna z nas obojga :). Tym bardziej, że w rozpędzie dorobilismy jeszcze kilka specjalizacji instruktorskich.  

Zanim to się jednak stało spędziliśmy dwa upiorne tygodnie na Malcie, ale ostatecznie wróciliśmy "z tarczą". No... OK... "upiorne" to za mocne słowo, ale stres był taki, że dostałam krwotoku z nosa. Coś czego ostatni raz doświadczyłam w dzieciństwie, i to raczej wczesnym. Nie wiem, o co chodzi z tymi nerwami, ale to jest coś nad czym nie mam kontroli. Mogę sobie powtarzać: "wyluzuj... głęboki wdech...", a i tak żołądek będzie się skręcał jak obłąkaniec jakiś, serce będzie się telepać po klatce piersiowej jakby chciało z niej uciec, a mózg-fatalista będzie snół wizje katastroficzne. A przecież na codzień jestem stoikiem zmieszanym z optymistą. Ech...

Muszę jednak uspokoić każdego kto myśli o instruktorstwie (jeśli ktokolwiek taki zabłądził tu do nas): na kursie IDC nie jest tak strasznie i raczej tylko nieliczni reagują tak histerycznie jak ja. Generalnie jest dość intensywnie, ale wszystko odbywa się w miłej atmosferze, wśród przyjaznych twarzy i pod okiem prawdziwych profesjonalistów, ktorym zależy na naszym sukcesie. W dodatku pozostali kursanci okazali się tak fajnymi ludkami, że na koniec byliśmy ze sobą zżyci jakbyśmy się znali od piaskownicy, a nie zaledwie od dwóch tygodni. I mimo nawet tej walki z samą sobą mogę powiedzieć, że cały wyjazd był naprawdę pozytywnym doświadczeniem.

Skoro już wspomniałam o naszej grupie to ją teraz troche przybliżę. Było nas sześcioro i posługiwaliśmy się tylomaż językami. Każdy (prócz naszej dwójki oczywiście) był z innego kraju, ale nikt nie był Brytyjczykiem czy innym Anglosasem, więc jezyk angielski był tym szóstym językiem. Istna wieża Babel! Jarek ma nawet fotkę, gdy jako jeden z Polaków robi prezentację po angielsku, a za plecami ma tablicę zapisaną po duńsku. Ja natomiast podczas "wielkiego finału", czyli na egzaminie końcowym, korzystałam z książki w języku francuskim, bo tylko taką udało mi się akurat znaleźć. Dodam, że po francusku to ja potrafię co najwyżej zawartość etykietki na butelce wina wydukać.

Nie będę tu opisywać całego kursu, aby nie przynudzać (jak ktoś dociekliwy to proszę walić na priva). Dorzucę tylko nasze "kwiatki", a resztę niech dopowiedzą piękne zdjęcia poczynione ręką Steve'a.

W mojej ulubionej kategorii "wpadka-głupawka" duże szanse na wygraną miał Jarek, który tłumacząc zastosowanie maseczki kieszonkowej (takiej do sztucznego oddychania) założył ją sobie samemu i kontynuował wykład wydając jakieś niezrozumiałe buczące dźwięki. W tym momencie nawet nasz, na ogol skupiony, łypiący krytycznym okiem, instruktor wybuchnął smiechem i zdjął mu ją z twarzy, lekko sugerując użycie do tego celu facjaty divemastera.

Śmiałam się z tego do czasu, aż sama podczas udawania ucznia (podczas prezentacji w basenie każdy miał powierzoną jakąś rolę do odegrania: instruktora, divemastera lub studenta), zrobiłam niezaplanowany błąd (czyli nie taki, który dostalam do symulacji). Zrobiło mi sie głupio, że dodatkowo mieszam, więc wyjęłam automat oddechowy z paszczy i powiedziałam "sorry". Tak, zgadza sie, to było pod wodą! Czasem chyba czuję się tam zbyt swobodnie...

A teraz trochę obrazków zdobytych dzięki uprzejmości Steve'a W.



Były zajęcia w klasie...  



...i poza klasą.



Zajęcia w wodzie... 

  


...i pod wodą.  


 

Ale był też czas na modeling...



... i "drobnę wygłupę" 



Aż żarty się skończyły i trzeba było się pokazać z najlepszej strony. Na pierwszy ogień teoria i standardy. 



Potem basen (na wierzchu lewituje pani egzaminator) 



Na drugi dzień przyszła pora na ratownictwo (chłopakom oddychać samodzielnie się nie chciało). 



Aż w końcu ostatnia część: wody otwarte, zakończone debrifingiem i... 


... i gotowe! Banda pachnących świeżością instruktorów :)


Na koniec wielkie podziekowania należą się całej załodze Divewise z Malty. Super ekipa! Dzięki nim egzamin był tylko formalnością.

   

-Przeszczęśliwa Aga

02:09, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 sierpnia 2012

Jeszcze niedawno nuralismy tylko we dwojke w pobliskiej kaluzy, a teraz dostajemy propzycje z tylu miejsc, ze musimy wybierac co robimy danego tygodnia. Wszyscy nas kochaja, he, he... Nasza Glacierka rowniez sie rozbujala i ciagle cos organizuje. Bylo juz nocne (w liverpoolskich dokach), podmolowe (ok, to moj wlasny slowotwor: chodzi o nurkowanie pod molo w Walii, cudowne nota bene), teraz szykuje sie rezerwuarowe (znaczy: w betonowym, podziemnym rezerwuarze wody, czyli cos jakby cavernowe, ale po ciemku) i suche w komorze dekomresyjnej. Do tego wyjazdy do kamieniolomow i kursy wszelakie, lacznie z technicznymi. Istne szalenstwo!


Show time! -Trefor Pier, Fot. Aga



Nocne Marki -Dukes Dock, Liverpool, Fot. Paul A.


Musze przyznac, ze ostatnio ciagnie nas w strone "tec" (szczegolnie Side Mount mnie kusi bardzo, oj bardzo... szczegolnie po malej prezentacji w naszym centrum), ale STOP! Najpierw obowiazki. Idziemy w instruktory!!! Tej zimy! Aaaaa...! Czy damy rade? MUSIMY! Cieple wyspy czekaja! (Cos ostatnio duzo krzycze...)

Zatem przyjemnosci odkladamy na pozniej. Moze w przyszlym roku zdejmiemy flaszki z plecow... Sie obaczy.

 

Aga entuzjastka SM

            

    

17:48, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »

Kto by pomyslal! Mojego pierwszego "szarka" spotkalam tuz pod wlasnym domem w liverpoolskich dokach. A ja glupia jezdzilam po jakis Hiszpaniach, Portugaliach czy innych Egiptach...  

To tak naprawde tylko tzw. rekinek psi (Lesser Spotted Dogfish, w skrocie LSD, he, he...) mierzacy zaledwie niecaly metr, ale to wciaz czlonek rekiniej rodziny. A do tego jaki slitasny! Te kocie oczka, te urocze centki, to gibkie cialko... wlasciwie to bardziej kot niz pies (no chyba, ze potrafi aportowac).

Bylam tak podekscytowana, ze pozniej chlopaki ze mnie sie podsmiewali, bo nie sadzili, ze mozna pod woda tak glosno sie drzec. No coz... pewnych osobnikow nie da sie uciszyc nawet wsadzajac im knebel (vel automat oddechowy) do paszczy i zanurzajac im leb pod wode! :P

Wielka szkoda, ze Jarka z nami nie bylo. Tak, tak... juz do tego doszlo... zdarza nam sie nurac osobno. Ale spoko, to nie dlatego, ze juz razem nie chcemy. Wciaz sie kochamy i wciaz lubimy robic rozne rzeczy "wespol zespol" (wliczajac nuranie oczywiscie!). Czasem tylko jestesmy "zmuszani" odgornie do podwodnej rozlaki.

Ciekawe kiedy Jarek spotka swojego pierwszego "potwora".

 

Aga the Shark Diver


 

     

  

17:16, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 lipca 2012

No i stalo sie! Klatwa zadzialala. Nasz nowy status: Asistant Instructor!  Dzieci na szczescie u nas w szkolce nie zawiele, ale doroslych calkiem sporo. Do tej pory kilkakrotnie samodzielnie prowadzilismy Discover Scuba Diving (jako DM+DSD), oraz wielokrotnie asystowalismy przy kursach wszelakich, ale teraz wreszcie mozemy sami meczyc kursantow w basenie. Bojta sie studenty! Litosci nie bedzie!

A tak juz na serio, to gdy sie tylko asystuje jako DM to sie nie ma pojecia ile wiedzy sie wymaga od instruktora. Nie tylko wiedzy ogolnonurkowej, ale wiedzy z zakresu nauczania, czy organizacji zajec. Nie wspomne nawet o rzeczach, ktorych na pierszy rzut oka nie widac, ktore sa niezbedne w tym fachu, jak np. wielozadaniowosc, czy spostrzegawczosc (bo trzeba miec oczy dookola glowy!). Ale hej! To przeciez jeden z najlepszych zawodow na swiecie! Nie, nie pod wzgledem finansowym, cokolwiek by kto mowil o PADI. Chodzi mi o cos co Kiwusy zwa LIFESTYLE. To nie pierdzenie w stolek od 9-tej do 5-tej i toczenie sliny z koncika ust wlepiajac galy w monitor komputera (tak mniej wiecej wyglada moja obecna praca).  Oprocz obawiazkow jest duzo zabawy (no przeciez po to ludzie do nas przychodza, nie?). Sa i wyzwania, bo kazdy kursant jest inny i ma inne problemy, ale dzieki temu jest tez na koncu satysfakcja (szczegolnie jak student porzuci zamiar ucieczki z wody po pierwszej "maseczce").

W sumie to... lubie uczyc (co mnie sama troche zaskoczylo) i juz nie moge sie doczekac kiedy zostaniemy OWSI-kami i ruszymy na poszukiwania cieplej wyspy, aby tak pracowac full time.

Krystaliczna woda, cieplutka bryza i zimny lufcik we flaszce... Czego chciec wiecej?


Aga Belferka

 


  

14:55, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 maja 2012

Juz nie jestesmy bezpanskie burki z ulicy, ktore zjawiaja sie w centrum od czasu do czasu. Zostalismy oficjalnie wciagnieci w poczet zalogi. 

Mniejsza o papierki (no, nawet teczki nam zalozyli!), ale najfajniejsze, ze teraz bedziemy paradowac w koszulkach z wielgachnym "STAFF" na plecach :D  

Moze to trywialne, ale juz od dawna patrzylam z pozadaniem na ten kawalek szmatki w kolorze blue. Z drugiej strony to troche szkoda, bo juz nikt mnie nie zapyta: "Ty tez na pierwsze zajecia?". 


Aga Tekstylna



     

15:01, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 maja 2012

Jedno dziecko w basenie to ideał. Całkowicie skupione, wykonujące wszystkie polecenia, po prostu marzenie instruktora. Dwójka to początki kłopotów. Z trójką to już się wkracza do krainy Chaosu, a przy czwórce nie pozostaje nic innego jak tylko stanąć z boku i się bezradnie przyglądać. My wczoraj dostaliśmy pod opiekę siódemkę! 

Plan był prosty. Ubrać całą bandę w sprzęt, przeciągnąć po powierzchni, przeciągnąć po dnie, a na koniec pokazać jakieś proste ćwiczenie, jak np. oczyszczanie automatu. Nie więcej jak godzinka roboty.

Proste? Ha! Awykonalne!

Naturalny instynkt samozachowawczy podpowiedział nam jedyne rozsądne rozwiązanie: podzieliliśmy dzieciaki między siebie: ja wzięłam dziewczynki, Jarek chłopców. Więcej dobrych pomysłów nie było, pochłonął nas żywioł!

Dziewczynki miały tysiące pytań i problemów, a do tego wszystkie mówiły naraz!

-Moja maska jest za ciasna.

-Moja maska jest za luźna.

-W mojej masce jest woda.

-Nic nie widzę!

-Czy mogę zdjąć płetwy?

-Czy będziemy pływac pod wodą?

-Nie mogę stać.

-Nie mogę usiąść.

-Czy to jest do oddychania?

-Czy mam tu wsadzić język?

-Moja maska jest jednak za ciasna.

-Coś mi wypadło z kieszeni.

-Czy te ryby na dnie basenu są żywe?


Fot. Sarah K.

Myślałam, że jak je wsadzę pod wodę to się uspokoją, albo przymajmniej przymkną, ale to tylko pogorszyło sytuację. Dlaczego? Bo się nie dało zanurzyć ich jednocześnie. Co chwila któraś wyskakiwała jak ping-pong na powierzchnię z kolejnym pytaniem! Do tego trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo jak się skupiałam na jednej, dwie pozostałe nikły natychmiast z zasięgu wzroku. Całe szczęście, że nasz basen ma zaledwie 10m długości.

W grupie u Jarka nie było pytań, co wcale nie znaczy, że chłopcy nie mieli żadnych problemów. Owszem mieli, ale sami je rozwiązywali. Rozwiązywali jedne, tworząc kolejne. Nie wiem dokładnie co się tam działo, ale wychlapali (a może wypili?) z pół basenu. Byli wszędzie! Wpadali na wszystkich dookoła i na siebie nawzajem. Wypluwali automaty i ściągali maski. Jeden w swej samodzielności posunął się do tego stopnia, że odmówił zanurzenia oraz jakiejkolwiek asekuracji i śmigał w te i nazad po powierzchni z prędkością naddźwiękową, produkując liczne siniaki u wszystkich napotkanych na swej drodze istot.

Jarek, gdyby miał włosy, to by wyszedł z basenu siwiuteńki. Żartowaliśmy sobie z niego, że będzie miał koszmary i się obudzi w środku nocy z krzykiem na ustach, ale dziś nad ranem to mnie Jarek musial obudzić, bo zgrzytałam zębami.

Milusińscy!


Szczerbata Aga

  


    


14:33, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 maja 2012

Nowe doswiadczenie na naszym koncie. Nurkowanie w dokach liverpoolskich.

Z okazji tytanikowej setnej rocznicy bylo u nas sporo imprez, lacznie z przedstaweniem lalkarskim na ulicach miasta w mega skali. "Laleczki" mialy po kilkanascie metrow wysokosci i opowiadaly historie malej dziewczynki i jej wujka-nurka. Wiekszosc akcji miala miejsce w okolicach Dokow Alberta. Aby zyskac jeszcze troche na atrakcyjnosci imprezy poproszono nasz klub o publiczne taplanie sie w jednym z basenow portowych. Niestety nie sprawdzilismy sie jako atrakcja turystyczna (trudno rywalizowac z gigantycznymi marionetkami), ale cosmy sobie ponurali to nasze ;)


fot. Patrycja

O dziwo w takim plytkim baseniku (max. 5,5m) jest sporo zycia. Oprocz roznych glonow i porostow zdarzaja sie ukwialy a nawet biale koralowce zwane tu obrazowo palcami umarlaka. Wokol nas plywaly male meduzki, a pod nami umykaly na boki kraby. Widzielismy tez mnostwo mlodziutkich flonderek, bedacych w tym stadium kiedy jeszcze wygladaja jak normalne rybki oraz jednego doroslego, wielgachnego plaskiego osobnika. Widzielismy tez pelnego gracji wegorza, a raczej jego cien, bo plynal w dosc sporej odleglosci w niezle juz zmaconej wodzie. Nasi koledzy mieli wiecej szczescia, bo przyuwazyli homara oraz wylowili zakorkowana butelke rozowego wina.

W sumie fajnie bylo :)

Aga Dockerka

 

  

14:13, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »

Czas nadrobic zaleglosci, zatem w telegraficznym skrocie:

1. Bylismy w Egipcie. STOP

2. Robimy kurs na asystenta instruktora. STOP 


A teraz troszke wiecej na ten temat.

Ad1.

Spedzilismy w marcu dwa tygodnie w Dahabie. Bosko!

Zrobilismy tam 21 nurkowan i trzy specjalizacje.

Nurkowalismy z Planet Divers. Polecam!!! Szczegolne podziekowania naleza sie parze instruktorow, ktora miala nas pod swoja opieka: Agacie i Ahmedowi (Mimiemu).

Z najciekawszych rzeczy: pozanalismy slynnego Miodzia, czyli Dariusza Wilamowskiego. Nawet sie troche pokrecilismy wokol niego w wodzie. Jarek chcial "powielbic stope" mistrza, ale braklo mu smialosci ;)


Fot. Agata H.

Nurkowalismy najczesciej na lokalnej Lighthouse Reef (w tym noca), ale takze w El Bells, Blue Hole, The Canyon, Mourey Bay. Poplynelismy tez lodzia na Thristelgorma, gdzie zrobilismy dwa najlepsze wrakowe nury w zyciu (wraz z penetracja ladowni oczywiscie) po czym malo pluc nie wyplulismy na 3 nurze w silnym pradzie na Yolanda Reef. Taki wysilek, zeby tylko dwa kible zobaczyc, ech!


Fot. Agata H.



Jarek zatopiony w mendrach matematyki na 40 metrach. Fot. Aga



Podwodny "smieciarz". Fot. Aga


Aga na rafce. Fot. Agata H.


Jarek w rafce. Fot. Agata H.


Nie bede szczegolowo wymieniac jakie cuda widzielismy jesli chodzi o faune i flore, ale bylo tego tyle, ze musialam kupic porzadny album z rybami, aby byc w stanie co nieco zidentyfikowac. Z najfajnieszych okazow: juz pierwszego dnia spotkalismy wielkiego zolwia. Tak, oko w oko! Siedzial na rafce i zajadal korala. Rozejrzal sie tylko niespiesznie, gdy wokol niego zawislismy i po chwili wrocil do konsumpcji. Bylismy tylko we trojke, wiec moglam sobie obejrzec kazdy najmniejszy detal. Oczywiscie, jak zawsze w najlepszych momentach, aparatu ze soba nie mielismy, buuu ;(


Ad2.

Jak tylko wrocilismy do domu, zostalismy zapedzeni do roboty :)

Jeszcze przed wyjazdem poznalismy Alana, ktory przyjechal, aby przeorganizowac nasz klub. Po powrocie codziennie ganial nas na basen, az nagle sie okazalo, ze jestesmy na kursie na asystenta instruktora. Ok, wlasciwie czemu nie? Dopiero jak sie dowiedzielismy, ze Alan jest PLATYNOWYM Course Director'em dotarlo do nas jaki zaszczyt nas kopnal. Szkoli nas jeden z najlepszych instruktorow na swiecie! Tak wiec wylewamy siodme poty, ale za to w blasku platyny.


Sa tez pozytywne skutki uboczne: przez braki w regularnych posilkach me cialo nabiera smuklejszej linii. No co? Przeciez baba jestem, troche proznosci nie zaszkodzi, ale niech bedzie, ze mniej balastu bede potrzebowac ;)


Zabiedzona Aga 

 

   

11:30, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 lutego 2012

Zimno, coraz zimniej... Fakt, UK to nie PL i na podlodowe nie ma co tu liczyc, ale temperatura ostatnio spadla na tyle by zamrozic kaluze na parkingu naszego ulubionego nurkowiska, a nawet pobliski stawik rybny.
Sam kamieniolom pozostal jednak wolny od szklanych tafli czy innych gor lodowych. Mozna bylo zamoczyc tylki, co tez uczynilismy. Temperatura wody wynosila zaledwie 4 st.C, ale nasz biedny sprzet podolal wyzwaniu. Skafandry nie ciekly, ocieplacze grzaly, latarki swiecily i, co najwazniejsze, automaty nie zamarzly. Jedynie paluszki zmarzly w mokrych rekawiczkach.
Po zaledwie 22 minutach podwodnej przygody dalismy drapaka na suchy lad. Bylismy jednak z siebie calkiem zadowoleni, bo jako nieliczni tego dnia zeszlismy w ogole do wody. Lod dooklola zbiornika znacznie przetrzebil twardych lokalesow. Uczucie samozadowolenia z naszej "hardkorowosci" pryslo z chwila wejscia do szatni starszej pani odzianej w... mokra pianke!


"Hardcorowa" Aga 



   

14:57, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 grudnia 2011

Dawno nic nie pisalam, ale to nie z lenistwa. No moze odrobine... A tam! Nie zamierzam sie tlumaczyc!

Ogolnie sporo sie dzieje, duzo nuramy, zarowno na wodach otwartych jak i na basenach. Udzielamy sie takze jako DM'y w nowym klubie.

W dodatku im wiecej nuramy tym mniej zabawnych sytuacji nam sie przytrafia, ktore warto by opisac.

Zima do nas juz zawitala, ale my uparcie sie jej nie dajemy.

Jeszcze w listopadzie nuralismy w piankach, czym sobie zdobylismy odrobine uznania ze strony Anglikow z naszego nowego klubu. No, ale przeciez to nic nadzwyczajnego, bo wszyscy wiedza, ze w Polsce to biale niedzwiedzie po ulica chadzaja.

Teraz juz mamy suchary, ale jeszcze nie do konca oplywane.

Jak na razie same problemy z nimi. Polujac na wyprzedaze udalo nam sie zaoszczedzic calkiem ladna sumke, ale w efekcie mamy grube ocieplacze w rozmiarach L i XL (wygladamy jak michelinki lub jak kto woli Pi i Sigma), na ktore wciagamy sztywna kordure w rozmiarze... S! Nasza mobilnosc w tym momencie drastycznie spada, ale jest calkiem cieplutko. Gorzej tylko z zanurzeniem i nie mam tu na mysli temperatury wody. Odziani w puchate kolderki z normalna iloscia balastu woda siegala nam ledwo do brody (oczywiscie przy pusciutkim skafandrze i na calkowitym wydechu). Dwa razy wycieczkowalismy do sklepu po zakup olowiu. Wyszlo tego po kilkanascie kilogramow na sztuke. Razem z reszta sprzetu to prawie 40kg na plerach! Nic dziwnego, ze moje kolano zaprotestowalo...

Pod woda na szczescie bylo troche lepiej. Choc cwiczac na plyciznie kilkakrotnie mnie ostro podciagnelo do gory, gdy automatyczny zawor nie nadazal. Raz nawet probowalo mnie za nogi wywlec, ale sie nie dalam ;)

Na plusy moge zaliczyc dwie rzeczy: komfort cieplny (co sie wydaje dosc oczywiste) oraz trym (jakos tak latwiej sie ustawic i do tego to przyjemne uczycie zawieszenia, a nie podwieszenia, jak w piance, jesli ktokolwiek rozumie o co mi chodzi).

Na sam koniec, gdy juz zaczelam sie cieszyc i lapac jak dziala moj zawor (idealne wyjscie przy opustowce) musialam jak zwykle spasc na twarda ziemie. I to doslownie! Brodzac po kolana po sliskich kamieniach, probujac ominac innego brodzacego, mimo pelnego skupienia potknelam sie i wyladowalam na plecach z konczynami nad woda, nieporadnie jak zuczek (pamietajmy: 40kg!). Na szczescie kilku dzentelmenow natychmiast mi ruszylo na pomoc, ale i tak aby sie wydostac z wody musialam wypelznac na czworaka, po czym zrzucic balast, zeby wstac na rowne nogi. Brawa dla tej pani! Nie dala sie utopic wlasnemu sprzetowi! Skonczylo sie tylko na kolekcji teczowych siniakow na nogach (kazdy rozmiar, kazdy kolor).

Posumowujac: ciezko, niewygodnie i mokro (niestety moj "suchy" cieknie, chyba kryze szyjna mam za luzna), ale za to w miare cieplo.


Aga Suchotnica



   

15:04, wredna_ruda
Link Komentarze (1) »
piątek, 14 października 2011

Wlasnie wczoraj dotarly do nas najcenniejsze eksponaty w naszej plastikowej kolekcji. Nauka i ciezka praca tego lata (o alienacji od przyjaciol nawet nie wspomne) nie poszla w las: jestesmy juz Dive Master'ami!

Wkroczylismy do mrocznej krainy zawodowcow. Od teraz bedzie sie liczyc tylko kasa! Juz za chwile, za momencik posypia sie oferty pracy z najlepszych centrow nurkowych, propozycje organizacji wyjazdow i wszyscy beda nas po stopach calowac za mozliwosc nurkowania z nami! A my bedziemy tylko sie lekko usmiechac przeliczajac tlustymi paluszkami zarobione dudki.

A co? To tak nie wyglada? Nie? Przeciez wszyscy twierdza, ze PADI to czysta komercja. Leee... To na cholere byl caly ten wysilek!

DM Aga

14:34, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 września 2011
Może i jestem blondynka, ale uporządkowana! 
Jakiś czas temu zauważyłam, że jeden wpis się coś "skrzaczył", bo pokazywał się tylko tytuł i w dodatku blokował wyświetlanie starszych postów. Dzisiaj wzięłam się za rozwiązanie zagadki i co się okazało? Cała zawartość tamtej notki zniknęła bezpowrotnie. Gorzej... Grzebiąc głębiej znalazłam jeszcze dwie ofiary tajemniczej "czarnej dziury", a między nimi przypadek odwrotny: notkę bez tytułu. Gdy tej ostatniej przywróciłam tytuł to wylądowała na samym szczycie bloga burząc mi całą chronologię wpisów.
Nie wiem jak do tego bałaganu doszło, ale wiem jedno: nie ja maczałam w tym paluchy. Wpisy publikowałam, czasem je zmieniałam (np. dodawałam polskie znaki), po czym sprawdzałam jak się wyświetlają na stronie. Później ich już nie ruszałam.
Chyba się zimą przeprowadzę na inny portal... Mam tylko nadzieję, że zdążę zanim reszta wpisów mi wyparuje.


Wnerwiona Aga 



 
23:29, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »

Po kilku falstartach wreszcie udalo nam sie dotrzec nad wode i przetestowac nasze gwiazdkowe (!) prezenty.

Miejce zanurzenia: wiadomo, to najblizej domu ;)

Jako nie zmotoryzowani wybralismy tym razem opcje najwygodniejsza (przynajmniej takie mielismy zalozenia) i wybralismy sie, niczem burzuje przebrzydle, taksowka! A co! podwyzke w pracy obiecali, nie? Cale 2,5%! Mozna szalec!

Pan kierowca troche pokluczyl, popytal, podzwonil, ale na miejsce w koncu dowiozl. Waz w kieszeni Jarka tylko steknal cichutko...

Poszlismy sie przywitac z wlascicielem (tym od oka i lyzeczki ;)  ). A tu niespodzianka! Nie ten sam czlowiek! Zagaduje, zartuje i sie nawet usmiecha! Nie, nie byl to tik nerwowy, a prawdziwy szczery usmiech! Moze sie chlop sklonowal... Albo para sie czarna magia i sie ucieszyl widzac w nas ofiary, na ktore mozna by przezucic swoja dzienna dawke pecha. I pewnie to jest wytlumaczenie dlaczego humor mu sie nie popsul nawet jak mu co chwila zawracalismy glowe swoimi problemami. A tych ostatnich jakos dziwnie duzo sie nazbieralo. Hmmm... A to Jarek dostrzegl babelki ulatniajace sie z okolic mojego zaworu przy butli, a to ja urwalam pasek od pletwy, az na koncu taksowka sie na nas wypiela i zostalismy bez transportu powrotnego.

A co nasz ulubieniec na to? Nic! Facet musial nas naprawde polubic: automat oddechowy wymienil na inny, pasek dal nowy (za darmo), a po zakonczeniu nurka poprosil swojego pracownika o odwiezienie nas na najbliszy dworzec. I przy kazdej czynnosci boki z nas zrywal...

Ale moze juz starczy o nim. W koncu nie dla niego tam pojechalismy.

Kontynuujac jednak temat pecha: Jarek wciaz ma problemy z wyrownywaniem cisnienia w uszach :(  Kilkakrotnie sie zanurzal i po chwili zbolaly wracal na powierzchnie. Gdy juz myslalm, ze tym razem bedziemy musieli wracac na brzeg, nagle pokazal okejke. Ucho strzelilo i przestalo bolec. Hura! No to na kon i jazda w ton!  

Ruszamy na zwiedzanie czesci glebokiej kamieniolomu. Oczywiscie, tradycyjnie, bez szczegolowego planu, ale generalnie do samolotu sie jeszcze nie pchamy. Zanurzamy sie przy jakiejs bojce ("jakiejs", bo nie moglismy sobie przypomniec co oznaczala na mapie) i ruszamy przed siebie, konrolujac glebokosc. Pierwsza atrakcja: podwodny bolid. Jakies dziwne cus, jakby przerosniety gokart obciagniety czerwona karoseria. Sadzac po solidnych oponach i okablowaniu, kiedys to to nawet jezdzilo, a zatem nie atrapa. Obejrzelismy, pomacalismy, troche zamulilismy...

Od pojazdu odchodzi poreczowka. Ciekawe dokad prowadzi? Sprawdzimy? No ba! Dno troche opada w dol, wiec zerkam na glebokosciomierz. 12m, 13m... Nagle majaczy jakis duzy ksztalt. O matko! To chyba nie samolot?! Zerkam: 14m, za plytko na jeszcze na latadlo. Troszke sie zblizamy i ukazuje nam sie wielgachny jacht motorowy. Wow... Spora lajba, tekowe poklady... Musial byc ladny. Zagladamy do srodka, ale ciemno, ze oko wykol (nasza latareczke to o kant d..y mozna potluc), wiec sobie darujemy. 

Spogladamy na wskazniki: 15m. Pierwszy raz jestesmy samodzielnie na takiej glebokosci! No, duma rozpiera, ze az z jacketu trzeba troche upuscic, aby na powierzchnie nie wystrzelic... chle, chle... Wplywamy na dach i smarujemy paluchami w mule nasze imiona. Starozytni mogli bazgrolic ("Eryk tu byl") to i my mozemy! Wandalizm? Eee-tam... za dwa dni sladu nie bedzie, a my na wspomnienie "barbarzynstwa" bedziemy sie usmiechac jeszcze dlugie lata.

Od lodki prowadzi kolejna poreczowka, ale dosc ostro w dol, wiec robimy odwrot i plyniemy w strone pionowej sciany. Patrzac w gore widzimy krawedz, nad ktora przeplywalismy, gdy bylismy tu po raz pierwszy. Z dolu nie robi juz takiego wrazenia. Zaczynam sie "wspinac", gdy Jarek nagle mnie powstrzymuje i cos pokazuje. Spryciarz, nauczony przez Rona w Hiszpanii, zagladal w szczelinki i zauwazyl malenkie muszle, jakis rodzaj omolkow. Fajniutkie, kolorowe zeberki takie...

 

Aga



   

22:53, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 września 2011

Mówią, że rutyna zabija... Mi na szczęście serwuje tylko małe kuksańce, abym się z nią za bardzo nie spoufalała ;)

Nasza pierwsza 50-tka za nami. Logbook puchnie w oczach ;)
Co by nie popaść w samozachwyt w związku z "taaakim" doświadczeniem zafundowałam sobie skok do wody bez automatu oddechowego w paszczy. Nic  groźnego, ale to naprawdę śmieszne uczucie, gdy nie możesz się już cofnąć (bo obie nogi masz już nad wodą), a nagle uświadamiasz sobie, że czegoś brakuje... W ułamku sekundy doznajesz olśnienia i już wiesz czego, bo chcesz to przytrzymać ręką, aby nie wypadło, a tam nic nie ma. Jedyne co pozostaje to szybki wdech i... plum! Całe szczęście, ze skrzydło było, jak zawsze, napompowane na maxa (Jarkowi raz się zdarzyło zapomnieć) to wyskoczyłam na powierzchnię jak z procy.

Mój rechot jeszcze długo odbijał się od ścian kamieniołomu...


Aga Freediverka



    

11:36, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Tym razem króciutko: sweet focia (buzia w modny kaczy dzióbek, he, he) z prezentem urodzinowym na pierwszym planie :)


Aga Kwa Kwa


    
18:56, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 sierpnia 2011

Jako, że dorobiliśmy się wreszcie własnego sprzętu, zaczęło nas ciągnąć w dzicz. Ze względów termicznych (suchary jeszcze póki co pozostają poza naszym zasięgiem) ograniczyliśmy tę dzicz do śródlądzia. Jarek namierzył walijski kamieniołom o wdzięcznej nazwie Dorothea vel Dotty.  

Niestety tutejsza Dorotka ma charakterek podobny do polskiej Hani (dla niewtajemniczonych: Hańczy). Jarek określił ja jako femme fatale, bo kusi i zabija. Głębokość przekracza tu 100m i pewnie jest to główną przyczyną jej smutnych statystyk. Dotty mimo tego jest kochana przez tutejsze moczypupy do tego stopnia, że żadne zakazy nie są w stanie ich powstrzymać. Gdy któregoś roku doszło do kilku śmiertelnych wypadków w niewielkich odstępach czasu, właściciel terenu postanowił zagrodzić dojazd betonowymi zaporami. Niedługo  trzeba było czekać, aby zapory zostały zepchnięte z drogi. Mało tego: użyto ich do budowy rampy prowadzącej do wody!

Mimo ostrzeżeń w internecie o nielegalności nurkowania w tym miejscu postanowiliśmy sprawdzić to osobiście. No, przecież jako Polacy anarchię wyssaliśmy z mlekiem matki, nie?

Na miejscu okazało się, że obecnie teren ani nie jest ogrodzony, ani nie ma żadnych informacji o zakazie czegokolwiek. W kilku miejscach ostały się ino ślady po urwanych tabliczkach nieznanej treści.

Mimo wielu zapewnień o popularności tego nurkowiska, ku naszemu zaskoczeniu, byliśmy zaledwie druga ekipa nurkującą tej pięknej słonecznej niedzieli.  Reszta najwyraźniej siedziała na wrakach lub w Egipcie.


Nurasy, które spotkaliśmy na parkingu już się pakowały, gdy dotarliśmy na miejsce i po chwili nawet smrodku neoprenu po nich nie było. Zatem ostaliśmy się samiutcy samiuteńcy pośród skał i dzikich chaszczy (nie licząc amatorów crossu, ale to przeciecz "nieryby").

Dziwne uczucie wchodzić do wody i wiedzieć, że nikogo tam prócz nas nie ma. Nawet ryb! Tyci narybek się nie liczy... Jeśli dodać do tego słabą widoczność (zielona zawiesina, a momentami robiło się tez ciemno, gdy słońce chowało się za chmury lub za klify), zimno (termoklina zaczynała się już na zaledwie kilku metrach, potem kąsała coraz mocniej), duże głębokości pod nami (trudno znaleźć coś płycej niż na 20m) oraz zakodowaną gdzieś w tyle czaszki złą sławę tego miejsca to efekt był lekko horrorystyczny.

Plan mieliśmy zejść na 20m, by pooglądać zatopione drzewa schowane za kamiennym cyplem, ewentualnie, przy dobrej widoczności, obejrzeć wejście do tunelu na 22m. W zaistniałych okolicznościach nie starczyło nam odwagi do zejścia poniżej 13m. Dopłynęliśmy niemal po omacku do skalnego cypla, popływaliśmy trochę wzdłuż ścianki i zawróciliśmy. Na pocieszenie pooglądaliśmy sobie wraki samochodów "zdeponowane" tuż przy brzegu przez lokalną młodzież. Po wyjściu Jarek to nowe doświadczenie podsumował krotko: "Pełne gacie!".

Najwyraźniej za "cienkie Bolki" z nas jeszcze. Jeśli kiedyś tu wrócimy to raczej aby sobie wpław popływać, bo miejsce jest przepiękne, ale niestety pod woda dla nas jeszcze trochę zbyt dzikie.



Tchórzem podszyta Aga




  

  

12:56, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 sierpnia 2011

Tak, to my! Zdradzilismy nasza kaluze! Ale nie bez powodu.

Gdy zajechalismy na poczatku lipca wraz z naszymi matulami pokazac im jak wyglada nasze ulubione nurkowisko, powitaly nas pustki na parkingu. Nieswiadomi niczego ucieszylismy sie jak naiwne dzieciaki, ze przy malej ilosci macicieli i przy pelnym sloneczku wizurka bedzie wyborna. Blad! Sloneczko + pola uprawne w okolicy (nawozne regularnie) = ALGI!!! To juz nie woda, to zielona zupa. Widocznosc spadla ponizej metra. Po raz pierwszy nie podobalo mi sie pod woda. Serio!

Przyjechalismy tydzien pozniej i bylo to samo. Ciagle sie gubilismy pod woda. Raz o malo nie wyrznelam glowa w skale, bo mi sie ukazala nagle przed maska w odleglosci 30cm! Na szczescie Jarek plynal pol pletwy za mna, wiec zdazylam i jego wyhamowac. Wtedy powiedzialam dosc! To ma byc przyjemnosc do jasnej [piiiiiiiiii.........p]!

Tak oto dopuscilismy sie zdrady. Nastepne zanurzenie odbylo sie w Carpenwray. Uff! Co za odmiana!

Rok temu opisywalam to nurkowisko jako fajne, ale przeludnione, przez co i niezle zmacone. A teraz? Nie wiem jak to mozliwe, ale przy podobnej ilosci ludzia wodnego wizurka pierwsza klasa! Celowo poplynelismy wierzchem na drugi koniec kamieniolomu (troche meczace, ale nie ma tam zadnej zejsciowki) i sie elegancko zanurzylismy wprost nad wybranym wraczkiem. Bylismy prawie sami w tamtym rejonie. Gdy slonce wychodzilo zza chmur refleksy swietlne w wodzie igraly z naszymi zmyslami. Widocznosc przekraczala 10m (a moze i 15?) Bylo przepieknie. Jarek prowadzil na kompas od jednego klamota do drugiego, poprzez podwodne laki, posrod ryb i nielicznych nurasow. Gwozdziem programu okazal sie pstrag iscie bydlecej postury: cosik kolo 1m dlugosci (nie koloryzuje, naprawde takie tam plywaja). Krecil sobie osemeczki wewnatrz kontenera, nic sobie nie robiac z naszej obecnosci. Pokrecilismy sie zatem troche z nim ;)

Tak nam sie cudownie plywalo, ze nawet zadnych cwiczen sobie tym razem nie porobilismy!

Na nurkowanie powtorzeniowe wybralismy sie troche pozno, przez co, aby nie marnowac wiecej czasu ruszylismy pod wode prosto z brzegu. Nie bylo juz tak superjasno i klarownie, ale widok kilku sztuk jesiotrow splywajacych z polki skalnej prosto w glebine na dlugo pozostanie w mej pamieci. Magia...

Tak sie dlugo moczylismy, ze wyszlismy z wody ostatni. Jeszcze troche i musielibysmy sie gramolic w pelnym sprzecie przez zamknieta brame. Strasznie punktualni ci Anglicy. Nawet kible juz pozamykali i musielismy sie przebierac na parkingu, robiac wewnatrzrecznikowe wygibasy . Mozna od biedy to nazwac kolejnym nurkowym doswiadczeniem ;P Nigdy nie wiadomo kiedy moze sie przydac.

Resztki poczucia winy z powodu nielojalnosci wyplukane zostaly przez zastane promocje ("dzis nabijanie butli gratis, a piata wizyta bedzie za free") oraz demo-day firmy Suunto. Jarek wypozyczyl sobie do potestowania jeden z "ladniejszych" komputerkow. Na szczescie o cene zapytal dopiero przy oddawaniu, bo inaczej przy jego samoswiadomosci posiadania wysoce "zgubnych" zdolnosci nie starczyloby mu odwagi zabrania tego cacka pod wode.

Ok, troche nam jednak przykro, ze jestesmy przechrzty, bo bardzo lubimy niemal rodzinne Eccy. Jesienia pewnie i tak wrocimy na stare smieci. Trzeba tylko miec nadzieje, ze zostanie nam wybaczone...


Aga Zdradziecka



  

15:03, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 lipca 2011

Na polu zmagań basenowych odnotowano jednocześnie i porażkę i sukces.

Chromolić kraula! Choć nie odstawiam już wodnej wersji tańca świętego Wita, to wciąż wypluwam płuca po 20 metrach. Jednym słowem: dupa, a nie kraul!

Wiwat żabka! Usprawniłam swoją żabkę do tego stopnia, że śmigam jak... hm, no, chyba jak żaba...  Niektórzy "kraulowcy" mogą co najwyżej wir za moimi stopami podziwiać, ha!  Oczywiście tyczy się to tych najbardziej koślawych, ale i tak poczytuję sobie to za sukces. Co się będę dołować, nie?

Aga

          

11:58, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 czerwca 2011

Zgodnie z obietnica oto pierwszy raport z naszych postepow:

Aby zaczac kurs DM bedziemy musieli zaliczyc egzamin sprawnosciowy, zatem pilnie cwiczymy na basenie (srednio co drugi dzien). Niestety jak na razie z kiepskim rezultatem :( 

Jako cialu galaretowatemu najblizej mi ze stworzen morskich do... meduzy i pewnie dlatego moj czas na 400m nie zachwyca. Po dwoch tygodniach zostal poprawiony o marne 10 sekund i wynosi 11'50". Jarkowi idzie lepiej, bo jest w stanie przeplynac kilka dlugosci kraulem, a ja sie zatrzymalam na zabce i nijak nie moge ogarnac tego cholerniastego kraula. Za kazdym razem tak sie zmecze, ze ledwo dociagam do konca basemu (25m), albo i to nie... Ostatnio z zazdroscia sie przygladalam kolesiowi ktory smigal tym stylem bite 40min! 

Kazda wada ma na szczescie tez jakies jasne strony. Dzieki swojej "meduzowatosci" troche lepiej mi idzie z unoszeniem sie na wodzie (na egzaminie trzeba bedzie tak wisiec przez 15 min). Jarek natomiast jak na razie przypomina irladzkiego tancerza dziko stepujacego pod woda ;) 

Poza basenem rowniez sie nie lenimy. Nuramy regularnie i zaczelismy podwodne cwiczenia. Co prawda sa to cwiczenia z kursu OWD, ale nie praktykowalismy ich prawie w ogole od tamtych zamierzchlych czasow, a i wtedy robilismy je tak, aby tylko zaliczyc. Teraz natomiast bedziemy nie tylko musieli je wykonywac poprawnie, ale rowniez umiec je odpowiednio zaprezentowac.

W ta sobote pokonalam moja zmore, czyli oproznianie maski! Ha!!! I to w jakim stylu! Spuchlam z dumy niczym nadymka. Niestety poleglam na hoverze (wiem, okropny ponglisz z tego wyszedl, ale nie wiem jak inaczej to odmienic). Latalam po calej platformie jak balonik z otwartym zaworkiem, probujac przybrac jakas sensowna pozycje. W niedziele natomiast bylo odwrotnie. Lewitacja wyszla mi jak nigdy, za to zamotalam sie z maska (prawdopodobnie dlatego, ze chcialam ja zrobic wraz z prezentacja i w efekcie sie rozproszylam). Tak czy siak mozna jednak powiedziec, ze rokuje nadzieje na poprawe ;P  Jarek natomiast nie ma najmniejszych problemow z hoverem, ale jeszcze troche walczy z oproznianiem maski.

Przed nami jeszcze cale 3 miechy, wiec nie ma co sie dolowac. Na koniec lata na pewno bedziemy potrafili zaprezentowac wszystkie cwiczenia jak sie patrzy!

Aga

    

14:50, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 maja 2011
Ukończyliśmy kolejny kurs, to już chyba uzależnienie ;)

Tym razem był to Rescue Diver (oczywiście opis naszych popisów będzie można znaleźć w czerwcowym "Nuras-Info"). 
Tym oto sposobem dotarliśmy na próg zawodowstwa. Możemy myśleć o "divemasterce". Możemy i myślimy. No dobra, więcej niż myślimy. No, OK!, przyznaje się bez bicia: poszliśmy za ciosem i zapisaliśmy się już na kurs DM na wrzesień! Dzieci marnotrawne wróciły tam, skąd przyszły ;) Kurs zrobimy w Polsce u Zdzistawa. Bardzo lubimy naszych angielskich przyjaciół, ale pod względem dydaktycznym, to co tu kryć, po prostu się nie umywają.

Czeka nas zatem pracowite lato. To już nie będzie lajtowe AOWD. Kupa nauki i treningów (nie tylko podwodnych, ale także kondycyjnych). Czas wziąć d..ę w troki i przestać się rozczulać nad sobą. Jak to klasyk mówi: "Trza być twardym, nie mientkim!"

A tego roku miało być tak słodko... Lato zamierzaliśmy spędzić leniwie, a we wrześniu trochę zaszaleć i skoczyć gdzieś w egzotykę (pierwotny plan nurkowania na południu Anglii skonał dużo wcześniej i nawet nikt po nim nie płakał). Jak zwykle sami sobie pokrzyżowaliśmy plany...

Będę nasze poczynania relacjonować na bieżąco. Na razie w ramach "twardnięcia" zrezygnowałam z używania windy (niby skromny początek, ale trzeba wziąć pod uwagę, że pracuję na 12 pietrze :P )


Aga






 

 

14:57, wredna_ruda
Link Komentarze (2) »
wtorek, 08 marca 2011

Dawno, dawno temu... Ok, nie aż tak dawno, ale jakieś cztery miesiące temu (wedle blogowego zegara to jednak szmat czasu), wybraliśmy się zanurkować na 50m. A co! My nie damy rady? My?! A kto nam zabroni? Hulaj dusza, piekła nie ma!

No dobra, nikogo nie oszukam, to nie nasz styl. Nie kozaczyliśmy, niczego nie jaraliśmy, ani nawet nie byliśmy nabzdryngoleni. Mieliśmy dopiero zamiar się nabzdryngolić... azotem.

Raz do roku w ośrodku dekompresyjnym (North West Emergency Recompression Unit) mieszczącym się przy szpitalu chirurgii plastycznej (tak, tej od „balonów"!) na Wirralu można za niewielką opłatą dać się sprężyc w komorze do ciśnienia odpowiadającego głębokości 50m. Główna atrakcja, czyli pobyt w komorze, jest poprzedzona interesującym wykładem na temat samej idei leczenia za pomocą sprężania, bądź rozprężania. Można się dowiedzieć jakie schorzenia są najczęściej leczone w ośrodku (urazy nurkowe to tylko niewielki procent ogółu przypadków), jak szybko można liczyć na pomoc w razie wypadku, jakie błędy popełniają nurkowie (np. dlaczego zgłaszają się zbyt późno do lekarza), jak wspomaga się sportowców w leczeniu kontuzji lub w treningach (komorę można nawet zatopić dla freediverów) oraz wiele innych ciekawostek, jak ta np. dlaczego umiejscawianie komór bezpośrednio przy nurkowiskach to zły pomysł oraz dlaczego nie musimy mieć ubezpieczenia nurkowego nurkując w UK.

Całość pogadanki jest okraszona ociekającymi krwią fotami rodem z podręcznika studenta chirurgii. O dziwo nurasy to jednak twarde sztuki są i nikt nie zemdlał, ani nie zzieleniał, ani nawet nawet nie "zaachał". Wszyscy kiwali tylko rytmicznie główkami z uznaniem dla współczesnej medycyny.

Po części przeznaczonej dla ducha nastąpiła wreszcie ta upragniona, dla ciała.

Komory są dwie: jedna większa (powiedzmy, że "medyczna"), z łóżkiem dla pacjenta, kupą specjalistycznego sprzętu do podtrzymywania życia, aparaturą tlenową (tlen jest niezwykle pomocny w procesie gojenia) i często z lekarzem na pokładzie ;). Druga jest mniejsza, głównie dla nurków, z zaledwie dwoma twardymi ławeczkami do siedzenia (nie rozpieszczają nas, o nie!), gdzie jedynym dodatkowym wyposażeniem są antystatyczne kocyki dla zmarzluchów (antystatyczne, aby co "zdolniejsi" nie puścili komory z dymem). Nam w ramach atrakcji wstawiono jeszcze wiadro z wodą do topienia komputerów, aby mieć pamiątkę z pobytu na 50,3m. My się jeszcze elektroniki nie dorobiliśmy, więc musieliśmy się zadowolić wpisem do logbooka. Tyż fajnie!

A jak było "na dole"? Bez fajerwerków, ale całkiem ciekawie...

Jak się już wgramoliliśmy przez niewielka śluzę, chwyciliśmy się za nosy i powoli "ruszyliśmy" w dół. Psssssssss... Po kilku metrach stop, sprawdzenie czy wsio w pariatkie, okejka i szybka winda na dno. Atmosfera była gorąca, aż się spociliśmy :)

Cały ten czas byliśmy podglądani przez czujnego "Pana Zaworowego", aby w razie czego wyhamować nas i odrobinę cofnąć, gdyby ktoś miał problemy z wyrównywaniem ciśnienia w uszach. Stresu o stan drogocennych bębenków zatem nie było.

Na dole narkozy azotowej zanotować nam się jednak nie udało. Podobno wcale nie tak prosto to zjawisko zmierzyć. Nie przygotowaliśmy sobie żadnych zadanek matematycznych, które by nam w tym pomogły. Ludziska takie niestworzone historie o azotówce opowiadali, że się spodziewaliśmy nie wiadomo jakich hokusów-pokusów. A tu nic. Zero. Lipa. Nul. Wszystko w idealnym porządku (przynajmniej tak się czuliśmy), no może nie licząc ataku głupawki wywołanej cienkimi głosikami krasnali z King Size'u oraz dotykaniem wiatru (powietrze było tak gęste, że się śmialiśmy, że po puszczeniu bąka można go przestawić).

Jak się już wyhahaliśmy, przywdzialiśmy czapeczki, nakryliśmy kocyczkami i zaczęliśmy wynurzanie... we mgle. Rozprężające się powietrze nie tylko raptownie się ochłodziło, ale i zmętniało! Najzimniej było w stopy, bo (w)puścili nas tylko w skarpetkach, a ja dodatkowo jeszcze odkryłam spory "wywietrznik" w jednej ze swoich frote. Nie dość, że wstyd to jeszcze ziąb. Ech!

Ogólnie: bardzo ciekawe doświadczenie, ale jak chcesz mieć korbę, to pomykaj nie do komory tylko do monopolowego ;)

Może za rok powtórzymy. Wszak wiadomo, że zimą nurkom się nudzi. Prawie jak dzieciom w deszcz ;) 

"...Milusiiińscy..."




Nabuzowana Aga 




   

21:23, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 listopada 2010
Ukończyliśmy kurs pierwszej pomocy. Zapisaliśmy się, bo nadarzyła się okazja (ach te przedświąteczne promocje;) ), a przede wszystkim, bo planujemy zrobić kurs Rescue Diver w  przyszłym roku.
Kurs EFS (Emergency First Response) polecam naprawdę wszystkim!  Podczas zajęć było dużo zabawy i śmiechu, ale później człowiek wychodzi z umiejętnościami, które mogą komuś uratować życie. Mi przede wszystkim dało poczucie pewności, że w razie jakiejs sytuacji awaryjnej nie będę już biegać w panice jak Kermit Żaba... a zdarzyło mi się coś takiego, gdy 4 lata temu znaleźliśmy  nieprzytomnego starszego mężczyznę leżącego na ulicy na wznak i oddychającego z trudnością. Uczucie bezsilności, gdy się nie wie co robić jest naprawdę okropne.

Tym co najbardziej zapamiętałam z kursu było to, że jednym z najczęstszych powodów nie udzielenia pomocy jest obawa, że można bardziej zaszkodzić, ale gdy ktoś jest nieprzytomny i nie oddycha to czy może być gorzej?

Nie wiem jak wyglądają takie kursy w Polsce, ale opiszę po krótce jak to wygląda tu w Anglii. Kurs trwa 1 dzień (coś około 6 godzin). Zajęcia są prowadzone w małych kilkuosobowych grupach (u nas byli sami nurkowie, łącznie z instruktorką prowadzącą kurs i chyba jako jedyni nie mieliśmy plam wątrobowych na dłoniach, hi, hi...). Najpierw jest sporo teorii, ale podawanej w taki sposób aby nie uśpić kursantów, a później jest część praktyczna, łącznie z "zabawą" manekinami i defibrylatorem. Tak, tak... naumieli nas prondem  szczelać!
Wszystko odbywa się bezstresowo, w miłej atmosferze. Kurs kończy się testem, który na końcu jest wspólnie sprawdzany.

Teraz już tylko czekamy na nasze certyfikaty, a za dwa lata powtórka, co by nie zardzewieć.


Aga Ratowniczka



   
11:57, wredna_ruda
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2