Nasza, czyli Agi i Jarka, przygoda z nurkowaniem
Blog > Komentarze do wpisu

Owsiki

Od razu wyjaśniam: nie, nie mamy pasożytow układu pokarmowego (a przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo), to my jesteśmy rzeczonymi owsikami! Do tej pory byliśmy zwykłymi "padalcami", aż wreszcie dopięliśmy swego i awansowaliśmy do stopnia "owsika"  hi, hi...

No dobra, rozwinę te urocze spolszczenia: padalce to nurki spod bandery Professional Association of Diving Instructors (PADI), a owsiki to belfry tejże organizacji czyli Open Water Scuba Instructors (OWSI), co oznacza... (werble proszę!) że oboje jesteśmy patentowanymi instruktorami nurkowania! Woohoo! Nie zamierzam teraz chowac sie za woalem falszywej skromnosci, jestem cholernie dumna z nas obojga :). Tym bardziej, że w rozpędzie dorobilismy jeszcze kilka specjalizacji instruktorskich.  

Zanim to się jednak stało spędziliśmy dwa upiorne tygodnie na Malcie, ale ostatecznie wróciliśmy "z tarczą". No... OK... "upiorne" to za mocne słowo, ale stres był taki, że dostałam krwotoku z nosa. Coś czego ostatni raz doświadczyłam w dzieciństwie, i to raczej wczesnym. Nie wiem, o co chodzi z tymi nerwami, ale to jest coś nad czym nie mam kontroli. Mogę sobie powtarzać: "wyluzuj... głęboki wdech...", a i tak żołądek będzie się skręcał jak obłąkaniec jakiś, serce będzie się telepać po klatce piersiowej jakby chciało z niej uciec, a mózg-fatalista będzie snół wizje katastroficzne. A przecież na codzień jestem stoikiem zmieszanym z optymistą. Ech...

Muszę jednak uspokoić każdego kto myśli o instruktorstwie (jeśli ktokolwiek taki zabłądził tu do nas): na kursie IDC nie jest tak strasznie i raczej tylko nieliczni reagują tak histerycznie jak ja. Generalnie jest dość intensywnie, ale wszystko odbywa się w miłej atmosferze, wśród przyjaznych twarzy i pod okiem prawdziwych profesjonalistów, ktorym zależy na naszym sukcesie. W dodatku pozostali kursanci okazali się tak fajnymi ludkami, że na koniec byliśmy ze sobą zżyci jakbyśmy się znali od piaskownicy, a nie zaledwie od dwóch tygodni. I mimo nawet tej walki z samą sobą mogę powiedzieć, że cały wyjazd był naprawdę pozytywnym doświadczeniem.

Skoro już wspomniałam o naszej grupie to ją teraz troche przybliżę. Było nas sześcioro i posługiwaliśmy się tylomaż językami. Każdy (prócz naszej dwójki oczywiście) był z innego kraju, ale nikt nie był Brytyjczykiem czy innym Anglosasem, więc jezyk angielski był tym szóstym językiem. Istna wieża Babel! Jarek ma nawet fotkę, gdy jako jeden z Polaków robi prezentację po angielsku, a za plecami ma tablicę zapisaną po duńsku. Ja natomiast podczas "wielkiego finału", czyli na egzaminie końcowym, korzystałam z książki w języku francuskim, bo tylko taką udało mi się akurat znaleźć. Dodam, że po francusku to ja potrafię co najwyżej zawartość etykietki na butelce wina wydukać.

Nie będę tu opisywać całego kursu, aby nie przynudzać (jak ktoś dociekliwy to proszę walić na priva). Dorzucę tylko nasze "kwiatki", a resztę niech dopowiedzą piękne zdjęcia poczynione ręką Steve'a.

W mojej ulubionej kategorii "wpadka-głupawka" duże szanse na wygraną miał Jarek, który tłumacząc zastosowanie maseczki kieszonkowej (takiej do sztucznego oddychania) założył ją sobie samemu i kontynuował wykład wydając jakieś niezrozumiałe buczące dźwięki. W tym momencie nawet nasz, na ogol skupiony, łypiący krytycznym okiem, instruktor wybuchnął smiechem i zdjął mu ją z twarzy, lekko sugerując użycie do tego celu facjaty divemastera.

Śmiałam się z tego do czasu, aż sama podczas udawania ucznia (podczas prezentacji w basenie każdy miał powierzoną jakąś rolę do odegrania: instruktora, divemastera lub studenta), zrobiłam niezaplanowany błąd (czyli nie taki, który dostalam do symulacji). Zrobiło mi sie głupio, że dodatkowo mieszam, więc wyjęłam automat oddechowy z paszczy i powiedziałam "sorry". Tak, zgadza sie, to było pod wodą! Czasem chyba czuję się tam zbyt swobodnie...

A teraz trochę obrazków zdobytych dzięki uprzejmości Steve'a W.



Były zajęcia w klasie...  



...i poza klasą.



Zajęcia w wodzie... 

  


...i pod wodą.  


 

Ale był też czas na modeling...



... i "drobnę wygłupę" 



Aż żarty się skończyły i trzeba było się pokazać z najlepszej strony. Na pierwszy ogień teoria i standardy. 



Potem basen (na wierzchu lewituje pani egzaminator) 



Na drugi dzień przyszła pora na ratownictwo (chłopakom oddychać samodzielnie się nie chciało). 



Aż w końcu ostatnia część: wody otwarte, zakończone debrifingiem i... 


... i gotowe! Banda pachnących świeżością instruktorów :)


Na koniec wielkie podziekowania należą się całej załodze Divewise z Malty. Super ekipa! Dzięki nim egzamin był tylko formalnością.

   

-Przeszczęśliwa Aga

czwartek, 03 stycznia 2013, wredna_ruda

Polecane wpisy

  • Boczniaki

    Czas na maly "update". Duzo sie u nas nie zmienilo: wciaz mamy "normalna" prace na pelny etat i tylko w czasie wolnym jestesmy instruktorami-woluntariuszami w t

  • The Rez

    Jak sklasyfikować nurkowanie w podziemnym rezerwuarze wodypitnej (oczywiscie juz nie uzywanym zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem)? Hmm... Jaskiniowe to tonie j

  • Moj pierwszy rekin!

    Kto by pomyslal! Mojego pierwszego "szarka" spotkalam tuz pod wlasnym domem w liverpoolskich dokach. A ja glupia jezdzilam po jakis Hiszpaniach, Portu

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: