Nasza, czyli Agi i Jarka, przygoda z nurkowaniem
Blog > Komentarze do wpisu

No to siup na 50,3m!

Dawno, dawno temu... Ok, nie aż tak dawno, ale jakieś cztery miesiące temu (wedle blogowego zegara to jednak szmat czasu), wybraliśmy się zanurkować na 50m. A co! My nie damy rady? My?! A kto nam zabroni? Hulaj dusza, piekła nie ma!

No dobra, nikogo nie oszukam, to nie nasz styl. Nie kozaczyliśmy, niczego nie jaraliśmy, ani nawet nie byliśmy nabzdryngoleni. Mieliśmy dopiero zamiar się nabzdryngolić... azotem.

Raz do roku w ośrodku dekompresyjnym (North West Emergency Recompression Unit) mieszczącym się przy szpitalu chirurgii plastycznej (tak, tej od „balonów"!) na Wirralu można za niewielką opłatą dać się sprężyc w komorze do ciśnienia odpowiadającego głębokości 50m. Główna atrakcja, czyli pobyt w komorze, jest poprzedzona interesującym wykładem na temat samej idei leczenia za pomocą sprężania, bądź rozprężania. Można się dowiedzieć jakie schorzenia są najczęściej leczone w ośrodku (urazy nurkowe to tylko niewielki procent ogółu przypadków), jak szybko można liczyć na pomoc w razie wypadku, jakie błędy popełniają nurkowie (np. dlaczego zgłaszają się zbyt późno do lekarza), jak wspomaga się sportowców w leczeniu kontuzji lub w treningach (komorę można nawet zatopić dla freediverów) oraz wiele innych ciekawostek, jak ta np. dlaczego umiejscawianie komór bezpośrednio przy nurkowiskach to zły pomysł oraz dlaczego nie musimy mieć ubezpieczenia nurkowego nurkując w UK.

Całość pogadanki jest okraszona ociekającymi krwią fotami rodem z podręcznika studenta chirurgii. O dziwo nurasy to jednak twarde sztuki są i nikt nie zemdlał, ani nie zzieleniał, ani nawet nawet nie "zaachał". Wszyscy kiwali tylko rytmicznie główkami z uznaniem dla współczesnej medycyny.

Po części przeznaczonej dla ducha nastąpiła wreszcie ta upragniona, dla ciała.

Komory są dwie: jedna większa (powiedzmy, że "medyczna"), z łóżkiem dla pacjenta, kupą specjalistycznego sprzętu do podtrzymywania życia, aparaturą tlenową (tlen jest niezwykle pomocny w procesie gojenia) i często z lekarzem na pokładzie ;). Druga jest mniejsza, głównie dla nurków, z zaledwie dwoma twardymi ławeczkami do siedzenia (nie rozpieszczają nas, o nie!), gdzie jedynym dodatkowym wyposażeniem są antystatyczne kocyki dla zmarzluchów (antystatyczne, aby co "zdolniejsi" nie puścili komory z dymem). Nam w ramach atrakcji wstawiono jeszcze wiadro z wodą do topienia komputerów, aby mieć pamiątkę z pobytu na 50,3m. My się jeszcze elektroniki nie dorobiliśmy, więc musieliśmy się zadowolić wpisem do logbooka. Tyż fajnie!

A jak było "na dole"? Bez fajerwerków, ale całkiem ciekawie...

Jak się już wgramoliliśmy przez niewielka śluzę, chwyciliśmy się za nosy i powoli "ruszyliśmy" w dół. Psssssssss... Po kilku metrach stop, sprawdzenie czy wsio w pariatkie, okejka i szybka winda na dno. Atmosfera była gorąca, aż się spociliśmy :)

Cały ten czas byliśmy podglądani przez czujnego "Pana Zaworowego", aby w razie czego wyhamować nas i odrobinę cofnąć, gdyby ktoś miał problemy z wyrównywaniem ciśnienia w uszach. Stresu o stan drogocennych bębenków zatem nie było.

Na dole narkozy azotowej zanotować nam się jednak nie udało. Podobno wcale nie tak prosto to zjawisko zmierzyć. Nie przygotowaliśmy sobie żadnych zadanek matematycznych, które by nam w tym pomogły. Ludziska takie niestworzone historie o azotówce opowiadali, że się spodziewaliśmy nie wiadomo jakich hokusów-pokusów. A tu nic. Zero. Lipa. Nul. Wszystko w idealnym porządku (przynajmniej tak się czuliśmy), no może nie licząc ataku głupawki wywołanej cienkimi głosikami krasnali z King Size'u oraz dotykaniem wiatru (powietrze było tak gęste, że się śmialiśmy, że po puszczeniu bąka można go przestawić).

Jak się już wyhahaliśmy, przywdzialiśmy czapeczki, nakryliśmy kocyczkami i zaczęliśmy wynurzanie... we mgle. Rozprężające się powietrze nie tylko raptownie się ochłodziło, ale i zmętniało! Najzimniej było w stopy, bo (w)puścili nas tylko w skarpetkach, a ja dodatkowo jeszcze odkryłam spory "wywietrznik" w jednej ze swoich frote. Nie dość, że wstyd to jeszcze ziąb. Ech!

Ogólnie: bardzo ciekawe doświadczenie, ale jak chcesz mieć korbę, to pomykaj nie do komory tylko do monopolowego ;)

Może za rok powtórzymy. Wszak wiadomo, że zimą nurkom się nudzi. Prawie jak dzieciom w deszcz ;) 

"...Milusiiińscy..."




Nabuzowana Aga 




   

wtorek, 08 marca 2011, wredna_ruda

Polecane wpisy

  • Boczniaki

    Czas na maly "update". Duzo sie u nas nie zmienilo: wciaz mamy "normalna" prace na pelny etat i tylko w czasie wolnym jestesmy instruktorami-woluntariuszami w t

  • The Rez

    Jak sklasyfikować nurkowanie w podziemnym rezerwuarze wodypitnej (oczywiscie juz nie uzywanym zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem)? Hmm... Jaskiniowe to tonie j

  • Odkrywcy

    Nasza Glacierka wkrótce przenosi się na nowe miejsce. Ale jakie miejsce! Będziemy mieć nową siedzibę z większym basenem oraz dostęp do kilku doków (na wyłącznoś

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: